piątek, 19 lutego 2016

Rozdział IX

Rozdział specjalnie dla Oli, która czuwa, abym pisała jak najszybciej.

            – Trochę się denerwuję – oznajmiła Carla, wkładając do torby książkę do eliksirów, którą znalazła w zbiorach Terry’ego.
            – Oj, nie ma czym. – Scarlette szturchnęła ją łokciem w bok. – Przecież to tylko lekcja eliksirów.
            – To jest prawie jak nowa szkoła… – westchnęła, wychodząc z pokoju.
            Reszta już na nie czekała. James i Syriusz mieli dość niemrawe miny. Nie uśmiechała im się nauka podczas przerwy świątecznej. Pedro wyglądał na obojętnego, natomiast Remus i Terry raczej byli ucieszeni możliwością edukacji. Lily denerwowała się podobnie jak Carla i błądziła nieobecnym wzrokiem po twarzach przyjaciół.
            – Nie rozumiem, jak mogli kazać nam się uczyć? Oni nie znają funkcji przerwy świątecznej? Przecież stworzono ją, żeby uczniowie mogli odpocząć. Ja nie wiem, czy to jest takie trudne? – James zaczął mocno gestykulować rękami w połowie drogi do sali eliksirów.
            – Jak twoja mama mogła nam to zrobić? – dołączył się Syriusz.
            –  Oni po prostu chcą jak najlepiej przygotować nas do wojny – wytłumaczył cicho Remus.
            Atmosfera mocno się zagęściła. Dopiero niedawno dotarło do nich, jakie ryzyko podejmują, towarzysząc Carli. Jeszcze parę dni temu nie zastanawiali się nad konsekwencjami, a kierowała nimi tylko chęć zmieniania świata na lepsze i pomoc przyjaciółce. Nie myśleli, że będą ważnymi postaciami najbliższej wojny, a wielu wytrawnych czarodziei po prostu będzie chciało ich zabić. Teraz ogarnął ich lęk. Zaczęli bać się, że lada moment zostaną zaatakowani, ciągłe życie w niebezpieczeństwie zaczęło im przeszkadzać.
            Mimo to jeśli ktoś dałby im możliwość zmiany swojej decyzji, żaden z nich by z niej nie skorzystał. Tak naprawdę nikt nie żałował dołączenia do szeregów PWD.
            – Aha, czyli nauka ważenia amortencji ma nas uratować? – spytał z przekąsem Potter.
            – Nic nie jest w stanie przygotować nas do wojny – wtrącił Pedro, który zdążył się trochę otworzyć przed Carlą i jej przyjaciółmi. – Ale starają się, jak mogą.
            – Poza tym skąd wiesz, James, że będziemy ważyć amortencję? Założę się, że profesor Alan nauczy nas eliksirów, które mogą nam się przydać na wojnie i uratować nam życie – dodała Lily trochę zdenerwowana.
            – Patrzcie jaki piękny ptak! – krzyknęła Carla, niezbyt pomysłowo zmieniając temat.
            Zatrzymali się przy oknie. Rzeczywiście na parapecie sąsiedniej kamienicy siedział wyjątkowo duży kruk, ale pięknym nie można było go nazwać. Jego wygląd raczej odpychał, niż przyciągał.
            – Chyba znamy inną definicję piękna – mruknął Syriusz pod nosem.
            Zaśmiali się.
            – Trochę przypomina mi ciebie. Te czarne, sterczące na wszystkie strony pióra przypominają mi twoje włosy, a i jego wyjątkowo nieproporcjonalna sylwetka jakoś mi do twojej pasuje. – Carla pokazała mu język i ruszyła dalej korytarzem, nie pozostawiając mu czasu na odpowiedź.
            Klasa do eliksirów nie znajdowała się daleko, więc mogli się do niej dostać sami. W innych przypadkach odprowadzał ich Jonathan. Carli stale wydawało się, że korytarz zmienia swój kształt. Przcież tyle razy szła już do gabinetu pana Antoniego, a dalej myliła drogę.
            Dotarli na miejsce po niecałych dwóch minutach. Zapukali w duże brązowe drzwi, a kiedy ze środka pokoju usłyszeli zaproszenie, weszli do klasy.
            Nie przypominała ona w najmniejszym stopniu tej Hogwarckiej. Przede wszystkim pomieszczenie było jasne. Dzięki kremowym ścianom i promieniom słonecznym wpadającym przez okno, wydawało się przytulne i ciepłe. Carla usiadła w ławce z Lily, James z Syriuszem, Scarlette z Pedro, a Terry z Remusem. Zajęli swoje miejsca w milczeniu, wpatrując się w profesora Alana, wysokiego mężczyznę z brązowymi włosami, który pisał coś zawzięcie w swoim notesie, nie zaszczyciwszy ich nawet spojrzeniem.
            W końcu po krótkiej chwili podniósł wzrok i obdarzył ich promiennym uśmiechem.
            – Przepraszam was bardzo. Musiałem jeszcze coś zapisać. Poinformowano mnie, że będę miał nowych uczniów. Nie musicie się przedstawiać, znam już wasze nazwiska. Ale wy chyba mnie nie znacie. Nazywam się Alan Rot i będę was uczył eliksirów przez najbliższy tydzień. To trochę mało, co? Ale staramy się wykorzystać każdą chwilę na waszą edukację. Gwarantuję, że nie będzie to czas stracony. Nauczę was ważenia paru przydatnych eliksirów, które pomogą w uzdrawianiu chorych. Tak to na pewno wam się przyda… Dzisiaj nauczymy się przygotowywać antidotum na popularne trucizny. – Profesor Alan machnął różdżką, a na tablicy pojawiły się składniki eliksiru i sposób jego przygotowania. – Proszę bardzo, wyciągamy kociołki, odpowiednie składniki możecie zabrać z szafki.
            Kiedy Carla przeczytała napisy, które pojawiły się na tablicy, głośno westchnęła. Przygotowanie eliksiru wyglądało na ponad jej siły, więc nie pozostało jej nic jak liczyć na pomoc Lily. Miała nadzieję, że przyjaciółka przypilnuje, aby jej eliksir był przynajmniej w połowie zrobiony poprawnie.
            Skierowała się do dużej drewnianej szafy i zabrała z niej dwa bezoary, trochę składnika standardowego, sproszkowanego rogu jednorożca i jagód z jemioły. W drodze powrotnej niechcący wpadła na Jamesa. Dotarła do stolika jeszcze przed Evans, więc usiadła na krześle i ponownie przeczytała sposób przygotowania eliksiru. Może jednak nie był taki trudny? Może sobie z nim poradzi?
            Zdeterminowana chwyciła swój moździerz i dokładnie ubiła w nim dwa bezoary. Nawet nie zauważyła, kiedy przyszła jej sąsiadka, była tak zajęta swoją pracą. Wrzuciła cztery miarki tak powstałego proszku do kociołka i dodała dwie miarki standardowego składnika. Na razie wszystko szło jak z płatka. Podgrzała wywar na średnim ogniu przez dokładnie pięć sekund. Teraz miała czekać przez dokładnie trzydzieści cztery minuty, bo eliksir musiał odpocząć przez taki czas.
            Rozejrzała się po sali. Lily przyglądała jej się z zaciekawieniem i uśmiechała się do niej lekko. Chyba była dumna, że idzie jej tak dobrze. Wszyscy oprócz Pedra doszli do tego samego momentu w ważeniu naparu co Carla. Tylko z kociołka Hiszpana wylatywały śmierdzące opary. Po chwili jednak Scarlette, która była prawdziwą mistrzynią w tej dziedzinie, doprowadziła eliksir do względnego porządku.
            – Jak tam wam idzie? – Za swoimi plecami usłyszała głos Jamesa. Odwróciła się do niego i uśmiechnęła się radośnie.
            – Chyba wszystko dobrze.
            Była naprawdę bardzo szczęśliwa. Po raz pierwszy z eliksirów szło jej aż tak dobrze. Wykonała już połowę swojej pracy i jeszcze nie zdążyła niczego zepsuć, co bardzo rzadko się jej udawało. Normalnie jej eliksiry wybuchały, niekiedy wypalała dziury w ławkach, za co zwykle zostawała obdarzana nieprzychylnym spojrzeniem profesora Slughorna. Uśmiechnęła się do siebie, kiedy przypomniało jej się, jak jakiś żrący eliksir zalał biednego profesora i wypalił dziury w jego ubraniach. Na szczęście Lily zareagowała bardzo szybko, a skóra profesora została uratowana. Carla nie chciała wiedzieć, co by się stało, gdyby nie jej przyjaciółka. Możliwe, że nauczyciela eliksirów nie byłoby już na tym świecie.
            Zostało jeszcze tylko dwadzieścia minut. Lily rozmawiała z Jamesem i Syriuszem, a do jej głowy docierały zaledwie strzępki wesołej rozmowy. Jej myśli odpłynęły daleko, w stronę nadciągającego niebezpieczeństwa. Myślała o tym ze spokojem, ale wcale nie oznaczało to, że się nie bała. Po prostu zdążyła się do strachu przyzwyczaić. Zaczęła traktować go jak nieustępliwego, wiernego towarzysza.
            Mimo to, nie żałowała wstąpienia do PWD. Czuła, że to jej powinność i że wraz ze swoimi starymi i nowymi przyjaciółmi odegra ważną rolę w tej wojnie. Czasami tylko miewała wyrzuty sumienia, że wciągnęła w to wszystko niewinnych ludzi. James, Syriusz, Lily i Remus przecież nie musieli narażać swojego życia. Co innego Scarlette, Pedro i Terry. Oni, podobnie jak Carla, zostali odgórnie wybrani, obdarzeni nadzwyczajnymi umiejętnościami i wręcz ich obowiązkiem była pomoc organizacji. Blue pocieszała się tylko myślą, że przecież jej przyjaciele i tak wybraliby taką drogę. Zamiast do PWD dołączyliby do Zakonu Feniksa i podobnie jak teraz walczyliby z Voldemortem. Szkoda jedynie, że nastąpiło to tak szybko…
            Z zamyślenia wyrwał ją śmiech przyjaciół. Wydawali się tacy beztroscy, jakby niczym się nie przejmowali. Potrafili się cieszyć nawet mimo strachu. Może oni także się przyzwyczaili? Chyba tak, choć o wojnie żaden z nich nie lubił rozmawiać, bo ten temat uświadamiał im zawsze w jak wielkie niebezpieczeństwo się wplątali.
            – Co się stało, Carla, że jeszcze nic nie wybuchło? – zaśmiał się James.
            Carla rzuciła Jamesowi obrażone spojrzenie, ale nie odezwała się, bo nic sensownego nie przyszło jej do głowy. Zamiast tego prychnęła i szybko odwróciła głowę, żeby ukryć uśmieszek, który cisnął jej się na usta. Nie mogła powiedzieć, żeby uwaga Pottera nie była śmieszna, a tym bardziej słuszna.
            Zostało jeszcze dziesięć minut. Lily, Scarlette, Remus i Terry powrócili znowu do pracy nad swoim eliksirem, ale jako że Carla trochę później od nich skończyła pierwszą część ważenia, teraz musiała trochę dłużej czekać.
            Odwróciła się znowu do Syriusza i Jamesa, którzy szeptem o czymś rozmawiali. Zobaczywszy jednak, że ktoś im się przygląda, zamilkli.
            – Coś się stało, Puszku? – spytał Syriusz głosem niewiniątka.
            Carla już przestała zwracać uwagę na to przezwisko. Black wykorzystywał je bardzo często, dlatego też zdążyła się do niego przyzwyczaić.
            – A nic. Tak przyszłam tylko porozmawiać. Muszę czekać jeszcze dziesięć minut.
            – Nudzi ci się?
            – Trochę…
            – Odwróć uwagę Alana. Ma do ciebie podejść.
            Carla spojrzała na nich spod uniesionej lewej brwi, ale widząc, że ani James, ani Syriusz nie zamierzają jej niczego wytłumaczyć, odwróciła się do swojego stolika. Co by tu zrobić, żeby profesor nie zwracał na nich uwagi? Może wystarczy dużo mówić? Ale jeśli podejdzie do ławki od przodu to spokojnie będzie widział chłopców… To musi być bardziej efektowne.
            – Lily? Możesz pożyczyć mi trochę czułek szczuroszczeta, skarabeuszy, kolców jeżozwierza i rogatych ślimaków ze swoich zapasów? – spytała najzwyklejszym tonem, na jaki było ją stać. Liczyła, że Lily była tak zajęta swoją pracą, że nie zapyta, po co jej te wszystkie składniki.
            – Tak, tak, bierz, co chcesz… – mruknęła pod nosem, licząc, ile razy zamieszała eliksir.
            Carla szybko wzięła wszystko, co było jej potrzebne. Wcale nie przejmowała się, czy wybrała składniki wymienione wcześniej, chodziło jej tylko o to, aby dorzucić coś niewłaściwego do swojego eliksiru. Jeszcze chwilę się wahała, czy na pewno dodać to do swojego wywaru, ale nie widziała innego wyjścia. Ten eliksir był warty kolejnego kawału Syriusza i Jamesa.
     Z kociołka buchnęła para, kiedy Carla wrzuciła do niego wszystkie składniki i porządnie wymieszała. Wywar zmieniał kolory, zaczął wylewać się na stolik, wypalając w nim malutkie dziurki. Wraz z Lily odbiegły od stolika, a jej przyjaciółka zdążyła jeszcze w amoku chwycić fiolkę ze swoim akurat skończonym eliksirem. Carla usłyszała, że James i Syriusz także wstają, ale po chwili zniknęli we wszechobecnym dymie. Zobaczyła brązową czuprynę profesora, który próbował powstrzymać wybuchy eliksiru i krzyczał, aby wszyscy się cofnęli.
      Cicho wycofała się do biurka Rota, bo to właśnie tam spodziewała się ujrzeć przyjaciół. Nie pomyliła się. Uśmiechali się do siebie szatańsko, zamykając szufladę.
       – Co tam daliście?
       – Zobaczysz.
       Pokiwała lekko głową, choć wolałaby znać odpowiedź na pytanie. Od środka zżerała ją ciekawość, ale wiedziała, że jakakolwiek próba oporu na nic się nie zda, bo chłopcy potrafili być nieustępliwi. Nie lubiła się czuć niedoinformowana, zawsze była współorganizatorką wszystkich wybryków huncwotów, więc miała pojęcie o tym, co się stanie.
            Krzyki ustały, widocznie profesorowi udało się ugasić wybuch eliksiru. Blue, Potter i Black szybko ulotnili się z miejsca zbrodni i w ekspresowym tempie znaleźli się u boku Remusa.
            – Byliśmy tutaj cały czas, Luniaczku – szepnął Syriusz z diabelskim uśmiechem na twarzy.
            – Co znowu zrobiliście?
            Nikt nie odpowiedział. Dym zaczął już się przerzedzać, a w pokoju zrobiło się trochę zimniej, widocznie ktoś musiał otworzyć okno. Carla poczuła na sobie wzrok profesora Alana i zastanawiała się, co zrobi. Będzie zły czy zachowa się wyrozumiale? Pomyśli, że Blue jest po prostu antytalentem do eliksirów czy będzie na tyle przenikliwy, że dostrzeże w tym podstęp?
            Ze skruchą spuściła głowę w dół, udając, że czuje się winna i niepocieszona. Taki sposób zachowywania się miała wyćwiczony do perfekcji. Zaraz podniesie głowę, a jej mina wyrażała będzie tylko wstyd za swój wypadek.
            – To było niechcący… – wymamrotała smutno.
            – Powiesz mi, jakim cudem zniszczyłaś tak łatwy do przygotowania eliksir? – spytał szorstko.
            – Ja… – zaczęła, ale przerwał jej James.
            – To się nie zdarza pierwszy raz – zaśmiał się, jakby złośliwe. Carla musiała przyznać, że Potter świetnie grał. – Widzi pan, u nas, w Hogwarcie, wybuchający eliksir Carli to był standard.
            – W takim razie, na następnych zajęciach bardziej uważaj – ostrzegł, uśmiechając się już do niej pocieszająco. Złość szybko mu przeszła, ale Carli wydawało się, że coś za łatwo im poszło. Kiedy jednak spojrzała na beztroskie i zadowolone miny przyjaciół, od razu się uspokoiła.
            – Dobrze – powiedział profesor, drapiąc się po brodzie – możecie już wyjść, myślę, że nie ma sensu kontynuować zajęć.
Jamesowi, Syriuszowi i Carli nie trzeba było tego więcej razy powtarzać. W mgnieniu oka chwycili swoje kociołki pod pachę i choć z sali starali się wyjść powolnym krokiem, ich ciała całe drżały od ekscytacji. Mieli nadzieję tylko, że profesor akurat się na nich nie patrzy i unikną niepotrzebnych podejrzeń.
            Z ulgą odetchnęli dopiero, kiedy zniknęli za drzwiami. James w geście uznania poklepał Carlę po plecach.
– Nie takiego widowiska spodziewaliśmy się zobaczyć, kiedy poprosiliśmy cię o zwykłe odwrócenie uwagi. – Uśmiechnął się.
– Ale lepiej to by chyba nikt tego nie zrobił – pochwalił ją także Syriusz.
            Nie było czasu na przybicie sobie piątek, bo z klasy wywlokła się reszta ich przyjaciół.

~~~~~~~~~~
     
Przez całe popołudnie Carla męczyła Syriusza i Jamesa, aby zdradzili jej, co wsadzili do biurka profesora Alana. Remus zapytał o to tylko raz i zrezygnował, ale ona uparcie chodziła za chłopakami i próbowała się wszystkiego dowiedzieć. W końcu, kiedy James po raz kolejny powtórzył ,,Nie”, Carla zaczęła poważnie zastanawiać się, jak zaszantażować swoich przyjaciół. Przychodziło jej na myśl wiele kompromitujących chwil z życia Syriusza i Jamesa, ale samo opowiedzenie ich znajomym nie miało sensu. Trzeba było wymyślić coś nowego, coś dotkliwego, co mogłaby wykonać teraz.
            – Jaaaaaames! Syriuuuusz! – Podbiegła do nich w podskokach. – Mam do was pewną sprawę!
            James i Syriusz westchnęli i pokręcili głowami ze zrezygnowaniem, zapewne myśląc, że Carla znowu będzie błagała o wyjawienie tajemnicy.
            Usiadła naprzeciwko nich, na fotelu. Przez chwilę z satysfakcją wpatrywała się w ich znudzone twarze, po czym przemówiła spokojnym głosem:
            – Postanowiłam, że wszystko powiem profesorowi Alanowi – zaczęła swoją grę.
            Chłopcy popatrzyli na siebie szczerze zdziwieni, ale po krótkiej chwili wzruszyli ramionami.
            – Nie zrobisz tego. Wydałabyś nie tylko nas, ale i siebie.
            – Ja tam myślę, że wasze przewidywania są błędne. – Uśmiechnęła się z udawaną sympatią, a kiedy chłopcy nie okazali zainteresowania, wstała i skierowała się w stronę wyjścia z pokoju.
            Jak się spodziewała, nie zdążyła nawet dojść do drzwi, bo zatrzymał ją Syriusz. Chwycił jej nadgarstek i pociągnął w stronę stolika, nie pozwalając odejść.
– Profesor i tak skojarzy to z wybuchem mojego eliksiru, dlatego będę podejrzaną numer jeden. Mogę więc spokojnie powiedzieć mu wszystko – kontynuowała, kiedy ponownie usadowiła się w miękkim fotelu.
James uniósł brwi.
– Posądzasz nas o takie zaniedbanie? Uważasz, że my nie pomyśleliśmy o naszej anonimowości? – spytał drwiąco. – Nie skojarzy tego z twoim eliksirem, ponieważ kawał wejdzie w życie w odpowiednim czasie i o odpowiedniej godzinie, a dokładnie za dwa dni. Będzie zbyt późno, aby domyślił się, kiedy to się naprawdę zaczęło.
– I tak mu powiem – odpowiedziała, ale z mniejszą determinacją. To miał być jej as w rękawie, ale niestety nie podziałał.
– Carla, skarbie – odezwał się Syriusz – my cię bardzo dobrze znamy. Oczywiście, że mu nie powiesz. Przecież to byłoby niezgodne z twoim sumieniem.
Rzeczywiście. Nie powiedziałaby profesorowi tego, to było oczywiste. Dlaczego oni ją tak dobrze znali? Czyżby wszystko poszło na marne i nie dowie się w końcu, co chłopcy włożyli do szuflady? Nagle ją olśniło i wszystko stało się takie łatwe i oczywiste.
– Nie, rzeczywiście, ja jemu tego nie powiem. – Chłopcy wymienili triumfalne spojrzenia. – Ale Lily to całkiem co innego.
Nie umknęły jej uwadze miny przyjaciół. Przez jeden krótki moment przez ich twarze przemknęło zaniepokojenie, ale od razu zostało zastąpione wcześniejszym znudzeniem. Była pewna, że tylko udawali. Uśmiechnęła się w duchu. Pod żadnym pozorem nie zadziera się z Charlotte Blue!
– Mam takie niejasne przeczucie, że Lily w najbliższym czasie się o wszystkim dowie – kontynuowała, spoglądając na przyjaciółkę, która razem z Remusem, Scarlette i Terrym siedziała w mini biblioteczce. – Ona chyba nie ma takiego sumienia jak ja i nie zawaha się ani sekundy przed poinformowaniem o wszystkim profesora. Oczywiście, o ile ja nie dowiem się, co schowaliście w szufladzie.
Westchnęli, z niedowierzaniem kręcąc głowami. Czyżby wychowali małego, zdradzieckiego i podstępnego potworka?
– Zacznij. – James machnął ręką w kierunku Syriusza i przeczesał włosy dłonią. – Nie widzę innego wyjścia.
Black poprawił swoją pozycję w fotelu i przywołał na twarz chytry uśmiech. Streścił jej cały plan. Słuchała go z rosnącym zaciekawieniem, cały czas kiwając głową, a na koniec jej usta wykrzywił szatański grymas. Nieźle się ten tydzień zapowiadał.



        

~~~~~~~~~~

Carla szła korytarzem za Jonathanem. Prowadził ją na indywidualne zajęcia, które miały na celu odkrycie jej mocy. To były jej pierwsze w życiu tego typu lekcje, więc denerwowała się jeszcze bardziej niż przed eliksirami.
– Pan Rasun to bardzo dziwny człowiek – mówił Jonathan. – Mówi nieczęsto, prawie w ogóle. Jakiż piękny obraz! Ale wy też wygadani jacyś nie jesteście. Dziwne że go wcześniej tutaj nie widziałem. Tylko słuchacie i milczycie. Ależ się ten korytarz ciągnie. A może by się tak czasem odezwać do staruszka? Chociaż jeśli nie lubicie mówić, to nie mówcie. Idziemy już z dwadzieścia minut! Wystarczy, że słuchacie. Oh, widzę, że jesteś zdenerwowana. Nie ma czym, pan Rasun w gruncie rzeczy jest bardzo miły, chociaż może wydawać się oziębły.
Na szczęście doszli do gabinetu pana Rasuna, bo Carla nie miała ochoty słuchać dalszej paplaniny staruszka. W głowie zaczęło jej pulsować od nadmiaru emocji, a słowa Jonathana wyrzucane z prędkością błyskawicy, wcale nie pomagały w złagodzeniu bólu.
Pożegnała się z Jonathanem, zapukała i weszła do gabinetu.
Początkowo Carli wydawało się, że profesor Rasun jest bardzo podobny do Dumbledore’a. Oboje mieli długie, białe brody, niebieskie oczy, byli chudzi i wysocy. Dopiero kiedy podeszła bliżej, zdała sobie sprawę, jak bardzo się od siebie różnią. Oblicze Rasuna było surowe i oziębłe, w przeciwieństwie do Dumbledore’a, który wokół siebie roztaczał pogodną i wesołą atmosferę.
– Usiądź – rozkazał.
Posłuchała. Spięta usadowiła się na końcu krzesła w taki sposób, aby była przygotowana na ewentualną ucieczkę. Ucieczkę? Co ona wyprawia? Przecież ze strony profesora nic jej nie grozi. Sama nie wiedziała, dlaczego Rasun tak dziwnie na nią oddziaływał.
– Imię – powiedział zimno.
– Charlotte Blue.
– Moce?
Zawahała się.
– Moce? – warknął.
Jak w wojsku, pomyślała.
– Jeszcze nie wiem jakie.
Bała się go. Jak mogła go pomylić z Dumbledorem? I dlaczego, na Merlina, Jonathan uważał, że Rasun nie jest taki zły? Ten facet jest przecież personifikacją wszystkich lęków!
Przede wszystkim nie może okazać strachu. Czytała kiedyś, że jeśli zwierzęta go wyczuwają, to robią się bardziej agresywne, a była pewna, że profesorowi pozostały jakieś pradawne instynkty.
Usiadła głębiej na krześle, wyprostowała się, próbowała się rozluźnić, ale nic nie mogła poradzić na to, że w jej głowie kłębiło się tysiące planów na ewentualną ucieczkę.
Wstał od biurka. Podszedł do niej, a kiedy nad nią stanął, Carli wydawało się, że jest wielki jak góra, co wcale nie zmniejszyło jej strachu. Wypełniał sobą całe pomieszczenie, sprawiając, że atmosfera stała się jeszcze bardziej przytłaczająca.
Z tego wszystkiego zapomniała nawet o bólu głowy, który jeszcze przed wejściem do gabinetu bardzo jej dokuczał.
– Czego się najbardziej boisz? – spytał, krążąc wokół jej krzesła.
Nie wiedziała po co to pytanie i wcale nie chciała na nie odpowiadać. Nie miała ochoty opowiadać obcemu, przerażającemu mężczyźnie o swoich największych lękach. To była jej sprawa prywatna.
Nie odpowiedziała.
– Chcesz poznać swoje moce? – wysyczał zniecierpliwiony. – Chcesz na coś się przydać podczas tej wojny? Chcesz pomóc swoim przyjaciołom? To odpowiadaj na moje pytania!
Przełknęła ślinę. Może jednak warto mu powiedzieć? Może to rzeczywiście przybliży ją do poznania mocy? A co jeśli wstrzyma się od odpowiedzi i przez to nie będzie potrafiła w przyszłości uratować najbliższych jej osób?
– Boję się… – zamyśliła się na chwilę. – Boję się, że nie znajdę swoich rodziców. Boję się, że podczas wojny stracę przyjaciół. Że zginą, pomagając mi, że nie będę potrafiła ich uratować. Boję się, że nie podołam wyzwaniu.
Zamilkła. Nie będzie więcej mówić. Naglę poczuła ogromną falę nienawiści do tego człowieka. Zmanipulował ją, wspominając o przyjaciołach. Dobrze wiedział, że to podziała i zmusi ją do odpowiedzi.
A najgorsze było to, że to prawda,  że miał rację, że jeśli nie będzie chciała z nim współpracować lub raczej go słuchać, to jej największe lęki mogą się ziścić. Dlatego też zacisnęła tylko zęby i opanowała swoją złość, czekając na następne pytanie.
Rasun przyglądał jej się z ciekawością. Widziała, że chciał zobaczyć, co zrobi, jak się zachowa. Czuła się, jakby była poddawana jakiejś próbie. Nie wiedział tylko po co, ale była pewna, że chce z niej wyjść zwycięsko.
Uśmiechnęła się uprzejmie do profesora. Chciał ją wyprowadzić z równowagi? Niech zobaczy, że mu się nie udało. Niech widzi, że nie jest takim słabym przeciwnikiem.
     Twarz Rasuna nic nie zdradzała. Chodził dookoła Carli i o nic nie pytał. Czekał aż ona coś powie? Aż w końcu wyrzuci z siebie całą złość i strach? Przypominał Carli lwa okrążającego swoją ofiarę. Jakby czekał aż się rozproszy i będzie mógł ten moment wykorzystać, jakby szukał jej słabego punktu.
Okrążał Carlę jeszcze pięć minut, ale ona się nie złamała. Rasun dobrze wiedział, że jest przerażający, więc starał się to wykorzystać. W końcu usiadł przy biurku i założył ręce. Wbił nieustępliwy wzrok w twarz Carli, po którym po plecach dziewczyny przeszedł zimny dreszcz.
Po co on to robi? Dlaczego się nie odzywa? Co ma wywołać to milczenie? Nie znała odpowiedzi na te pytania, wiedziała tylko, że rosły w niej gniew, irytacja, a przede wszystkim przerażenie.
Na szczęście drzwi gabinetu otworzyły się, tym samym przerywając tę niecodzienną sytuację. Stanął w nich pan Antoni z Jonathanem. Ich sylwetki były spięte, a miny przerażone.
– Blue, wychodzisz. Jonathan cię odprowadzi.
Pośpiesznie zebrała swoje rzeczy i przekroczyła próg. Zanim drzwi się za nią zamknęły, zdążyła usłyszeć głos pana Antoniego:
– Zaatakowali.


~~~~~~~~~~

Chyba należą wam się przeprosiny… Ile mnie nie było? Sześć tygodni? Długo czekaliście, ale rozdział się pojawił.
Ciężko mi się go pisało i chyba nie jest najlepszy, ale cóż mogę zrobić? Możesz wziąć się, Bianka, do roboty i znaleźć czas, żeby go poprawić, a niektóre momenty napisać od początku… Jak pewnie się domyślacie, zignorowałam ten głosik w mojej głowie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie! Musicie wiedzieć, że czeka na mnie Pan Tadeusz i to on odciągnął mnie od pisania… Podziękujcie mu :)
Piszcie oczywiście, co sądzicie :) O eliksirach, o Rasunie i końcówce :)
Pozdrowionka,
Bianka, która ma nadzieję, że z kolejnym rozdziałem uwinie się szybciej


poniedziałek, 4 stycznia 2016

Rozdział VIII

     Nic nie chciało zakłócić idealnej ciszy, jaka panowała w pewnej mrocznej uliczce w Londynie. Wiatr zatrzymał się, drzewa nie szeleściły, śnieg przestał prószyć, z dachów nie spadały sople lodu. Także ludzie i zwierzęta zamilkli. Co chwilę po gwieździstym niebie przelatywał samotny ptak, ale nie wydawał z siebie żadnego dźwięku, lękając się zmącić spokój i harmonię nocy. Ciemna postać nie bała się tego. Niczym zjawa pojawiła się w wąskiej uliczce, a stukot jej metalowych obcasów o kamienne płyty chodnika rozniósł się echem wśród starych kamienic. Poruszała się niezauważalnie, kryjąc się w cieniu budynków. Ciemna jak noc, całkowicie się z nią zlewała.
Przystanęła przed ozdobną, pomalowaną na czarno bramą, a peleryna, która dotychczas powiewała za nią, opadła swobodnie na ziemię. Odchyliła kaptur, uwalniając gęste, czarne włosy.
   Zadął wiatr, zrzucając z drzew śnieg i wypełniając złowrogą ciszę żałosnym szumem suchych gałęzi, jakby dając znać, że kobieta, niszcząca starania Natury, idealny spokój, jaki udało jej się wywołać, wcale nie jest tutaj mile widziana.
   Czarnowłosa, jedną ręką przytrzymując rozwiane loki, drugą otworzyła bramkę. Swoje kroki skierowała w stronę mrocznej rezydencji. Ciężkie drzwi otworzyły się przed nią z cichym skrzypieniem, zanim nawet zdążyła zapukać w nie mosiężną kołatką. Bez słowa przekroczyła próg.
   – Jesteś ostatnia, Terio – poinformował ją pozbawionym uczuć głosem mężczyzna o jasnych włosach i głębokich, ciemnych oczach.
   – Nie spóźniłam się, Albercie. – Zmierzyła chłodnym, poirytowanym wzrokiem właściciela rezydencji, zostawiwszy swój płaszcz na wieszaku w kształcie żmii.
   Nie czekając na zaproszenie, weszła do salonu. Pokój, urządzony w ciemnych kolorach, nie sprawiał wrażenia przytulnego, ale Terii to nie przeszkadzało. Było jej to całkiem obojętne.
   Usłyszała ciche szepty, dobiegające z jadalni. Skierowała kroki w jej stronę. Kiedy pojawiła się w mrocznym, zacienionym pokoju, pełnym kolumn w kształcie węży, głosy ustały. Wszyscy wlepili swoje spojrzenia w jej postać. Wolnym krokiem, z głową wyniośle uniesioną do góry podeszła do metalowego stołu, ciągnącego się przez całą długość pomieszczenia i usiadła na wolnym rzeźbionym krześle.
   Nie zwracała uwagi na zaniepokojone twarze. Już zdążyła się przyzwyczaić, że w jej obecności atmosfera się zagęszczała, a nastroje mocno pogarszały. Prawie wszyscy Śmierciożercy bali się, a przynajmniej stresowali się, będąc zmuszonymi do przebywania w jej niepokojącym towarzystwie. Wszyscy oprócz Alberta. Tego irytującego mężczyzny, który pojawił się na świecie, by swoim bezczelnym zachowaniem uprzykrzyć Terii życie i wnieść w nie jakiekolwiek uczucia różniące się od pogardy i obojętności. Choćby irytację.
   Usłyszeli echo kroków, a po chwili w jadalni pojawił się sam Lord Voldemort. Spojrzenia przeniosły się z Terii na Czarnego Pana, który z przerażającym uśmiechem na twarzy usiadł przy stole na najwyższym krześle. Na kolana wsunął mu się ogromny wąż – Nagini – na widok którego większość Śmierciożerców wzdrygnęła się. Z zadowoleniem przesunął wzrokiem po przestraszonych twarzach swoich poddanych, aż natknął się na nic niewyrażającą Terii.
   – Przynosisz jakieś wiadomości, Terio? – spytał głosem, który Śmierciożerców przepełnił lękiem.
   – Tak, panie. – Teria schyliła głowę w geście udawanego szacunku. – Charlotte Blue i jej przyjaciele znajdują się w kwaterze PWD.
   – Pewnie zamierzają otworzyć portal jeszcze w tym roku… – zastanowił się Lord Voldemort, pocierając swoimi długimi, bladymi palcami o podbródek. – Czy zdążymy ich przed tym złapać, Dorianie?
   – Wydaje mi się, że nie, panie – odpowiedział czarnowłosy mężczyzna trzęsącym się głosem. Przynoszenie niepomyślnych wiadomości nigdy nie wiązało się z nagrodą.
   – W takim razie złapiemy ich po powrocie – stwierdził z widocznym cieniem irytacji, ale nie złości, na twarzy i od razu stracił zainteresowanie młodym poddanym.
   Z piersi Doriana wydobyło się ciche, prawie niesłyszalne westchnienie ulgi. Nie umknęło to jednak wyczulonemu uchu Terii. Uśmiechnęła się pogardliwie w duchu. Naiwny.
   – Macie jeszcze dla mnie jakieś informacje? Nie? Dobrze. Dorianie, za mną. – Czarny Pan wstał od  stołu, zarzucając swoją ciemną peleryną i odprowadzony zlęknionymi szeptami Śmierciożerców, wyszedł z jadalni. Tuż za nim zniknął przerażony Dorian.
   Dobry humor Lorda Voldemorta oznaczał dużo rozrywki.
   Już po chwili złowrogą, zwiastującą nieszczęście ciszę przerwał rozpaczliwy ryk bólu i szaleńczy śmiech.
     
~~~~~~~~~~
   – Nie otworzymy portalu! Na pewno nie w tym roku! Carla jeszcze nie jest gotowa. Dobrze wiecie, że nie wykryliśmy jej umiejętności. Sprowadzenie bogów będzie równoznaczne z wszczęciem wojny. Ona nie jest na nią przygotowana, zabiją ją – syczała przez zaciśnięte zęby Agatha, co chwilę uderzając pięścią w drewniany stół.
   Stała naprzeciwko Antoniego. Chociaż prezes PWD przewyższał ją o pół głowy, w tym momencie Tobiasowi wydawało się, że jego żona mogłaby jednym ruchem powalić potężnego mężczyznę na kolana. Z jej oczu ciskały błyskawice, głos przesiąknięty był jadem, a niebezpieczna aura, która ją otaczała, odstraszyłaby niejednego Śmierciożercę. Nie zamierzała wystawiać Carli na takie niebezpieczeństwo, nigdy w życiu by na to nie pozwoliła.
   Tobias oglądał tę scenę z rosnącym niepokojem. Nikomu jeszcze nie udało się wyprowadzić Antoniego z równowagi, chociaż wielu śmiałków swoją głupotą próbowało nadwyrężyć jego cierpliwość. Konfrontacja upartej Agathy, próbującej ratować Carlę, i wściekłego Antoniego, nie potrafiącego przyznać się do jakiegokolwiek błędu, nie wróżyła nic dobrego. Tylko kto na tym ucierpi?
   – Nie zapominaj, kto jest prezesem PWD, Agatho – powiedział Antoni głosem drżącym od gniewu.
   – O tym nie zapomniałam. Po prostu nie mogę uwierzyć, jakim cudem prezes PWD aż tak zdurniał – wykrzyknęła mu prosto w twarz, która aktualnie przypominała bardziej pysk wściekłego buldoga.
   – Agatho… – zaczął spokojnie Tobias.
   – Nie odzywaj się – rozkazała. – Dobrze się zastanów, Antoni, czy chcesz mieć życie tej dziewczyny na sumieniu – warknęła, spoglądając prosto w rozwścieczone oczy mężczyzny.
   – Nie możemy z tym zwlekać! Śmierciożercy zabijają coraz większą ilość ludzi! A ty chyba bardzo dobrze powinnaś o tym wiedzieć! Z ich ręki zginął twój siostrzeniec!
    – Jak śmiesz?! – Oburzona Agatha odwróciła się na pięcie i przez chwilę stała w bezruchu plecami do męża i prezesa PWD.
   Jak on mógł o tym mówić. Przecież dobrze wie, jak bardzo Bill był mi bliski… Jak mógł… – powtarzała w myślach niczym mantrę. Wściekłość, która jeszcze przed chwilą rozsadzała jej ciało, nagle ulotniła się, a jej miejsce zajął żal i niedowierzanie. Po policzku pociekła łza.
   – Agatho... – Usłyszała głos Tobiasa. Poczuła, że obejmuje jej drżące ramiona. – Chodź, musisz się uspokoić.
   Mąż pchnął ją w stronę drzwi, uprzednio rzuciwszy Antoniemu spojrzenie pełne zawodu.
   – Straciła siostrzeńca. Nie każ jej tracić także przybranej córki – dodał, kiedy Agatha zniknęła w korytarzu.
   Kiedy drzwi się za nimi zatrzasnęły, Antoni odwrócił się do okna i westchnął przeciągle. Na dachach pozostałych kamienic leżał śnieg, nieznana prezesowi starsza kobieta zrzucała go z balkonu prosto na drogę. Jakiś czarny ptak leniwie usiadł na jednym z parapetów, co chwilę spoglądając na Antoniego, a po chodniku przechadzała się zakochana para. Miny mieli lekko zaniepokojone, zapewne bali się, że coś na nich spadnie z rozsypujących się budynków. Nic w zachowaniu zwykłych ludzi nie wskazywało na to, że po świecie grasują seryjni mordercy, a za kilka miesięcy lub parę lat prawdopodobnie wybuchnie wojna.
   – Mają rację – szepnął do siebie po chwili milczenia. – Tylko jak teraz przyznać się do błędu?
~~~~~~~~~~~~
   James obudził się z otępiającym pulsowaniem w klatce piersiowej i głowie. Lekko uchylił spuchnięte powieki, ale nadal nic nie widział. Wzrok miał zamglony, a dodatkowo widok przysłaniały mu małe kolorowe plamki. Skrzywił się, bo jego czaszkę zaatakowała kolejna fala bólu.
   – Zamknij oczy. Będzie lepiej. – Usłyszał poważny kobiecy głos, ale nie rozpoznał jego właścicielki.
   – Dziękuję, że go wyleczyłaś, Scarlette – odezwała się Lily.
   Pomimo złego stanu, twarz Pottera rozjaśnił uśmiech. Martwiła się o niego.
   – Carla nadal jest nieprzytomna – powiedział wyraźnie zaniepokojony Syriusz.
   – Już się nią zajmę. James był w gorszym stanie, więc to nim trzeba było się zaopiekować na początku. Ale nic dziwnego, skoro dostał Furnunculusem wzmocnionym przez umiejętności Obdarzonych. Jego ciało było całe poparzone.
   James usłyszał kroki Scarlette, która na pewno oddalała się w stronę Carli. Czyli dużo go ominęło. Obdarzeni musieli ich zaatakować, ale jeśli dobrze słyszał, to tylko on i Carla odnieśli uszczerbki na zdrowiu. Ale, na Merlina, po co to zrobili?! Przecież Obdarzeni byli ich sprzymierzeńcami. Nie potrafił przywołać żadnych wspomnień, które by to wyjaśniły. Pamiętał jedynie niebieskie światło i okropny ból. Wszystko go paliło. Wszystko. Ręce, twarz, brzuch, cała skóra. Zastanawiał się wtedy, czy tak wygląda umieranie, ale doszedł do wniosku, że sama śmierć raczej nie jest aż tak okropna.
   Nie potrafił znieść ciekawości i zaniepokojenia, więc powoli podniósł głowę i otworzył oczy. Okazało się, że ból znacznie zmalał, a jego wzrok się wyostrzył.
   Pierwszą osobą, którą zauważył, był Jonathan. Biegał tam i z powrotem przez całą szerokość korytarza, trzymając się za głowę i mrucząc coś zaniepokojonym głosem. James uznał, że taka nerwowość jest do niego podobna, więc nim nie warto się przejmować.
   Następnie wzrok Jamesa przykuły rude włosy, opadające na twarz Lily. Wpatrywała się w niego ze zdenerwowaniem, a kiedy zobaczyła, że się podnosi, poderwała się na równe nogi z zamiarem wyściskania go. Szybko jednak się opanowała i tylko się uśmiechnęła.
   – Jak się czujesz?
   – Znośnie. – James dopiero teraz spostrzegł, że nie ma na sobie koszulki, a jego ciało pokryte jest cienką, przeźroczystą otoczką. Z zaciekawieniem dotknął ją palcem, żeby się przekonać, że jest lepka i nieprzyjemna w dotyku.
   – Mogę wiedzieć, co się tutaj, na Merlina, stało? – spytał, nadal z zaciekawieniem obserwując powłokę i nie przejmując się okrzykami radości Jonathana.
   – Może wytłumaczy ci to Pedro? – zasugerowała z przekąsem Scarlette. James dopiero teraz zwrócił uwagę na niziutką blondynkę, która mruczała nad Carlą jakieś dziwne zaklęcia, a z jej palców wystrzeliwały błękitne strugi światła. Co chwilę odpychała Syriusza, który jak natrętny pies, zerkał jej przez ramię, czy Blue czasem nic się nie dzieje.
   Potter uniósł lekko brwi, ale nie skomentował zadziwiających umiejętności uzdrowicielskich Scarlette. Domyślił się, że jest to dziewczyna, o której mówił jego tata – dwunastoletnia Obdarzona od boga jedności i pokoju Teutesa. Zauważył, że głos blondynki był niesamowicie poważny, a jej twarz wyglądała na bardzo doświadczoną, co w ogóle nie pasowało do jej wieku.
   Chłopak ubrany w czarne, ciężkie buty, ciemnozielone bojówki i kurtkę, zapewne Pedro, mruknął coś mało pochlebnego pod nosem. Jego ciemne, rozczochrane włosy opadły mu na oliwkową twarz, a on nerwowym ruchem je odgarnął. Jamesowi wydawało się, że ten wysoki chłopak stwarza wokół siebie ciężką atmosferę wrogości. Nie kwapił się do składania wyjaśnień, więc zastąpiła go Scarlette.
   – Ci dwaj – powiedziała, wskazując palcem na Pedro i chudego blondyna z różdżką w ręce – Pedro i Terry, oczywiście musieli się pokłócić. Zaczęli rzucać w siebie klątwami, a moje nawoływanie do porządku wcale nie pomagało. Pojedynkowali się dalej, obrzucając się coraz gorszymi urokami. W końcu Pedro rzucił klątwę Furnunculus, którą Terry z łatwością odbił. Na wasze nieszczęście akurat otworzyliście drzwi, a zaklęcie poleciało prosto na was.
   – Ale przecież Furnunculus wywołuje jedynie czyraki. Sam go używałem!
   – Tak. Takie objawy występują w normalnych sytuacjach – wyjaśnił spokojnie Terry. – Problem w tym, że zaklęcie Pedra zostało ,,ulepszone’ przez jego moc, którą uzyskał od boga wojny Neta. Oprócz tego, że Pedro świetnie posługuje się różnego rodzaju bronią, może wzmacniać działanie swoich zaklęć. Interesująca umiejętność, nieprawdaż? – spytał, ale nikt mu nie odpowiedział. Tylko Remus z zaciekawieniem pokiwał głową, przyswajając nowe informacje.
   Do Jamesa podeszła Scarlette, szybko skończywszy uzdrawianie Carli. Szeptem wypowiedziała zaklęcie, a ból głowy i klatki piersiowej ustał całkowicie.
   – Nie mogłaś tego zrobić wcześniej? – spytał z wyrzutem Potter.
   Scarlette wzięła głęboki wdech, jakby próbując się uspokoić. Takie pytania zawsze ją irytowały.
   – Nie, nie mogła. Im bardziej poboli teraz, tym mniej następnym razem, bo organizm nauczy się bronić. To się nazywa uodparnianie się, jakbyś nie wiedział – wyjaśniła mu Lily, posyłając w jego kierunku mordercze spojrzenia. Nie chciała, żeby James całkiem wyprowadził dziewczynę z równowagi.
   Potter wzruszył ramionami i podniósł się na nogi. Uznał, że skoro już go nic nie boli, może spokojnie wstać. Jednym machnięciem różdżki wyczyścił się z przeźroczystej powłoki, która zapewne była skutkiem zaklęć Scarlette.
   Podszedł do Carli. Leżała na podłodze nieprzytomna, a obok niej siedział Syriusz. Wpatrywał się w przyjaciółkę zaniepokojonym wzrokiem, podbródek opierając na pięściach.
   – Co jej jest, Łapo? – spytał szczerze zmartwiony Potter.
   – Uderzyła się w głowę i dostała lekkiego wstrząsu, ale to nic poważnego. Już ją uzdrowiłam. Za chwilę powinna się obudzić – wyjaśniła Scarlette, uwalniając od tego zadania Syriusza.
   Jakby na zawołanie, Carla uchyliła powieki. Potrząsnęła głową, chcąc przepędzić z niej lekki ból. Miała wytrzeszczone oczy, jakby właśnie przyśnił jej się paskudny koszmar. Szybko skoczyła na równe nogi, widocznie nic ją już nie bolało. Umiejętności Scarlette potrafiły zdziałać cuda.
   – Co się stało? – spytała lekko przestraszona, wzrokiem wodząc po wszystkich zgromadzonych. – Kto to jest? Lily? Syriusz? Remus? James? Wyjaśnicie mi to?
   Syriusz wszystko jej wytłumaczył.
   
~~~~~~~~~
   – Ładnie nas witacie – zaśmiała się Carla na koniec opowieści Syriusza.
   Z korytarza przenieśli się do pokoju, w którym wcześniej walczyli Terry i Pedro. Był przytulnie urządzony, dominowały w nim odcienie pomarańczy, żółci i brązu. Jedną ze ścian całkowicie zakrywały stosy książek, należące do Terry’ego. Po drugiej stronie znajdowały się manekiny, tarcze i inne przyrządy do ćwiczeń, których używał Pedro. Dla Scarlette został wydzielony mały przytulny kącik, w którym mogła spokojnie odpoczywać i zajmować się swoimi prywatnymi sprawami z dala od zgiełku wywoływanego przez chłopaków. Pomieszczenie pełniło funkcję podobną do pokoju wspólnego. Obdarzeni spotykali się tutaj, żeby porozmawiać, poćwiczyć swoje umiejętności, pouczyć się.
   Teraz porozsiadali się na ziemi, bo dla wszystkich drewnianych krzeseł by nie wystarczyło. Jedynie Jonathan im nie towarzyszył, bo uznał, że warto zobaczyć, jak czuje się pan Antoni.
   – To nie było zamierzone. – Uśmiechnęła się przepraszająco Scarlette.
   Zapadła niezręczna cisza. Terry, Pedro i Scarlette mieli ochotę zadać parę pytań pozostałym, ale żaden nie chciał być natarczywy. Poruszali się niespokojnie, co chwilę dało się słyszeć ciche chrząknięcia. W końcu Pedro nie wytrzymał rozbawionych spojrzeń gości, którzy nie kwapili się do ponownego zaczęcia rozmowy, i spytał prosto z mostu, odzywając się po raz pierwszy tego dnia:
   – ¿Quién sois? Kim jesteście? Wiemy kim jest Charlotte, ale… – mówił z wyraźnym hiszpańskim akcentem.
   – Carla. Po prostu Carla – przerwała chłopakowi, za co została obdarzona chłodnym spojrzeniem.
   – Trochę o Carli wiemy, ale o was nic.
   – Wydaje mi się, że się przedstawialiśmy, ale skoro prosicie. Ja jestem James, to Syriusz, Re… – Pokazywał kolejno na swoich przyjaciół.
   – Potter, dobrze wiesz, że nie o to mu chodzi – wtrąciła się Lily, mierząc chłopaka zirytowanym spojrzeniem.
   – Oczywiście, już milczę – odpowiedział potulnie i posłał jej najmilszy uśmiech, na jaki mógł się zdobyć.
   – Jesteśmy przyjaciółmi Carli – wyjaśniła Evans, szeroko się uśmiechając. – Nie zostawilibyśmy jej samej, więc jesteśmy tutaj z nią.
   – Co zamierzacie zrobić? Chcecie nam towarzyszyć? Podobno jeszcze w tym roku mamy otworzyć portal – zaciekawiła się Scarlette.
   – Tak. Zrobimy wszystko, żeby wam pomóc – potwierdził Syriusz stanowczym głosem.
   Carla przypomniała sobie rozmowę z Tobiasem. Mówił wtedy, że każdy Obdarzony posiada jakieś umiejętności charakterystyczne dla swojego boga. Sama swoich nie znała, chciała przynajmniej wiedzieć, jak mogą się ujawnić.
   – Jak pewnie wiecie, moje moce jeszcze się nie ujawniły… – zaczęła ze smutkiem. – Chciałabym wiedzieć jak to przebiegało w waszym wypadku.
   – Ja dowiedziałam się, że potrafię uzdrawiać w wieku trzech lat. Wywróciłam się i rozdrapałam sobie kolano. Kiedy zobaczyłam ranę, po prostu wiedziałam, co zrobić. Słowa same opuściły moje gardło, a z palców wyleciały błękitne iskierki. I po ranie nie było śladu – opowiadała. – Umiejętności Pedra ujawniły się dwa lata temu. W złości rzucił zaklęcie Aquamenti, ale zamiast małego strumyczka wody, z różdżki wyleciał istny wodospad, który zalał całą kwaterę organizacji. Od tego czasu uczy się kontrolować emocje i natężenie mocy. A Terry… U Terry’ego nie było to takie spontaniczne. On po prostu jest ponadprzeciętnie mądry. Zna naprawdę wiele języków, jest mistrzem eliksirów, uczy się wszystkiego dużo szybciej od nas, niektórych ksiąg nauczył się na pamięć. To jest taki mózg w rodzinie Obdarzonych – zakończyła Scarlette.
   Pokiwali głowami na znak, że rozumieją. Carla co prawda nie była usatysfakcjonowana, bo nie dało jej to ani krzty informacji na temat jej mocy.
   Syriusz chyba zauważył jej niezadowolenie, bo uśmiechnął się do niej pocieszająco.
   – Nie martw się. W końcu na pewno się dowiesz. Umiejętności Pedra ujawniły się, kiedy był pod wpływem silnych emocji. Musimy cię tylko mocno zdenerwować, pewnie to pomoże – zaśmiał się, a zaraz potem zawtórowali mu James i Lily. Już po chwili śmiali się wszyscy, nawet mrukliwy Pedro. Nie wiedzieli dlaczego, ale ogarnął ich bardzo przyjemny rodzaj wesołości.
~~~~~~~~~~~
   
   Peter Pettigrew po raz kolejny od kilku dni stał ze smutną miną nad listem od Carli. Zaufała mu, powierzyła tyle informacji, na pewno chciała, żeby z nią był w trudnych chwilach. A on po prostu stchórzył. Zaczął obawiać się Voldemorta, Śmierciożerców, nie chciał narażać się na niebezpieczeństwo. Przecież gdyby pomagał Carli i jego chcieliby zabić.
   Jest z ciebie okropny tchórz, Peterze! Czemu nie mógł być tak odważny jak James, Syriusz czy Remus?! Nawet Lily znalazła w sobie dość odwagi oraz chęci i przyłączyła się do Carli. A on, kiedy mu to zaproponowali, najzwyczajniej na świecie odmówił. Teraz tego żałował.
   Jego wszyscy przyjaciele pojechali do kwatery PWD, a on sterczał w domu i nic nie wiedział. Nie miał pojęcia, czy otworzyli już portal, czy moc Carli się ujawniła, czy są bezpieczni, co robią, czy wrócą do Hogwartu po przerwie, czy w ogóle jeszcze żyją? Poczucie bezradności i wstydu za swoje zachowanie zaciskały mocny węzeł na jego żołądku, sprawiając, że czuł się coraz gorzej.
   Był okropnym przyjacielem. Albo w ogóle nim nie był. Nie zasługiwał na to miano. Przecież przyjaciel nie zostawia w potrzebie, nie opuszcza w najgorszych chwilach. Jesteś beznadziejny, Peterze!
   Schował twarz w swoich dłoniach. Zaklął po cichu. Takie myśli towarzyszyły mu przez kilka ostatnich dni. Musiał coś z tym zrobić, musiał to wszystko naprawić. Tylko jak? Przecież nie wie, gdzie znajduje się kwatera PWD, nie może już do nich dołączyć.
   Stanął przed oknem. Zadał wiatr, zrzucając z drzew tumany śniegu. Ludzie spacerowali, śmiejąc się, żartując, rozmawiając, a niektórzy milcząc. Na parapecie kamienicy na przeciwko, trzepocząc energicznie skrzydłami, wylądował czarny ptak, a starszy mężczyzna ubrany w za dużą, puchową kurtkę odśnieżał chodnik.
   Wszyscy wyglądali na takich beztroskich, pewnie nie mieli podobnych problemów na głowie. Czemu akurat jemu musiało się coś takiego przytrafić?
   – Co mam zrobić? – spytał po cichu.
   Odpowiedziało mu milczenie.



~~~~~~~~~
   Cześć!
   Dzisiaj rozdział troszeczkę krótszy. Wyszło na dziesięć stron, no ale cóż. Miał pojawić się już dwa dni temu, ale czasu było troszeczkę za mało, a poza tym odpisywałam na pytania LBA, które powinno pojawić się jeszcze dzisiaj albo jutro :)
   Troszkę tych dialogów w dzisiejszym rozdziale było. Zwykle staram się ich unikać, ponieważ pisanie ich sprawia mi trudność, ale teraz nie mogłam ich ominąć :/ Niestety. Trzy razy ,,ich” w poprzednim zdaniu… Ughh, chyba jestem zmęczona.
   Sylwester już minął, ale co mi tam - złożę wam życzenia. Wszystkiego najlepszego w nowym roku, żebyście byli szczęśliwi, radośni, optymistyczni. Życzę wam prawdziwych przyjaciół, miłości, małej ilości obowiązków szkolnych, spełnienia najskrytszych marzeń, żeby ten rok był dla was jak najlepszy i najbardziej udany. Dla tych, którzy piszą blogi lub opowiadania ,,do szuflady’’, dużo weny, czasu i pomysłów. I przede wszystkim jedzenia (to dla wszystkich).
   Chciałabym wam podziękować za to, że czytacie to coś, komentujecie, motywując mnie tym samym do pisania i sprawiając, że mam chęć.
   Chciałabym dodać swoją playlistę, ale nie mam zielonego pojęcia jak. No nic, trzeba będzie popytać wujka google, ale to nie dzisiaj. Jutro, pojutrze, popojutrze, za tydzień…
   Komentujcie!!! Mam nadzieję, że wam się podoba, chociaż ja sama do tego rozdziału nie jestem przekonana… Pewnie przez dialogi :/
   Miłego czytania!

niedziela, 20 grudnia 2015

Rozdział VII

Chciałabym ten rozdział zadedykować Gabsone nene za, jak to nazwała, ,,czepialstwo”! Powtarzałam ci to wiele razy, ale powiem jeszcze raz: dziękuję ci z całego serca, bo pomagasz mi się rozwijać. A teraz dodam drugą osobę do dedykacji, która swoim pytaniem ,,Kiedy kolejny rozdział” sprawiła, że ruszyłam swoje cztery litery, siadłam przed laptopem i skończyłam pisać rozdział jeszcze dzisiaj. Dedykacja dla Natalii Żywickiej!




          Święta u Potterów jak zawsze zapowiadały się wyśmienicie. W kuchni Carla i Agatha przygotowywały pięć indyków, a Syriusz próbował im pomóc. Co prawda o gotowaniu nie wiedział nic, ale nie przeszkadzało mu to we wciskaniu swojego co nie co we wszystkie potrawy. James z Tobiasem poszli odśnieżyć podjazd, żeby goście, którzy mieli zjawić się za parę godzin, mogli bez trudu dostać się do domu.
          W końcu Agatha nie wytrzymała ciągłych prób pomocy Syriusza, więc mało delikatnie wyprosiła go z kuchni i kazała nakryć do stołu. Carla tylko zaśmiała się złośliwie, kiedy chłopak z miną zbitego psa wyszedł do jadalni.
          – Kto przyjedzie na święta? – spytała Carla, wkładając dwa indyki do piekarnika.
          – Aż trudno wszystkich wymienić – westchnęła Agatha. – Mamy bardzo liczną rodzinę. Będą moi wszyscy bracia: Fil, Edmund i Fred, ich żony: Tris, Keira i Aris oraz cała gromada ich dzieci. Dodatkowo dziadkowie Jamesa – Sabrina i Geralt oraz Gabrielle i Silian, a do tego wszystkiego mój bliski kuzyn Alder i kuzynka Tobiasa Rita.
          Carla aż gwizdnęła.
          – To dwa razy więcej niż rok temu. Jest pani pewna, że pięć indyków wystarczy? – Carla sceptycznie spojrzała na piekarnik.
          – Myślę, że nie będą tak dużo jedli. Poza tym, mamy też mnóstwo zup oraz sałatek i ziemniaki!  Do tego babeczki, świąteczne krakersy i pudding.  A oni wszyscy jadą jeszcze na drugi obiad! Musi wystarczyć.
          – Chodźcie zobaczyć stół! – Do uszu Carli i Agathy dobiegł głos Syriusza.
          Kiedy Blue przekroczyła próg jadalni, z wrażenia aż westchnęła. Pokój wypełniał zapach jemioły, który tak bardzo lubiła. Musiała przyznać, że Black miał smykałkę do dekoracji. Niby wszystkie czerwone ozdoby były zwyczajne, ale ułożone przez chłopaka, wyglądały niezwykle. Stół został przykryty białym obrusem, a obok porcelanowych naczyń leżały bordowe serwetki, poukładane w wymyślne kształty. Na środku stołu znajdował się stroik, który Syriusz przygotowywał przez te dwie godziny z bordowych oraz kremowych bombek, siana, gałązek świerków i świec. Dodatkowo w powietrzu wisiały małe śnieżynki, które Black uprzednio zaczarował, aby leniwie opadały na stół, nadając pomieszczeniu magicznego charakteru.
          – Powiedzmy, że może być. Chociaż myślę, że mogłeś się bardziej postarać. – Carla uniosła prawą brew. Przez kilka lat próbowała się tego nauczyć, a kiedy w końcu jej się udało, nie wahała się wykorzystywać sztuczki całymi dniami, mocno denerwując przy okazji swoich przyjaciół.
          – Słucham? – Syriusz był przez chwilę zbity z tropu, ale zaraz się opanował. – Poczekaj, aż spróbujemy twoich potraw. Wtedy się zemszczę. – Zaśmiał się diabolicznie.
          Carla tylko fuknęła, nie potrafiwszy znaleźć żadnej wystarczająco dobrej riposty w głowie. Pewnie wpadnie na jakiś pomysł za kilka godzin, ale wtedy będzie za późno. Często tak miała, że dopiero po dłuższym czasie wymyślała zdania, których mogłaby użyć w danej sytuacji. Czasami nawet, ku zdziwieniu osób, które ją akurat otaczały, wykrzykiwała je na głos.
          Do uszu Carli dobiegł trzask otwieranych drzwi i już po chwili do pokoju wparowali przemarznięci James i Tobias. Wielkimi susami dostali się do kominka i z błogością wystawili ręce do ciepła. Nawet nie zwrócili uwagi na pięknie zastawiony stół, więc Carla zaśmiała się tylko szyderczo, patrząc na Syriusza wymownie i unosząc prawą brew. Chłopak nawet nie zaszczycił jej spojrzeniem, nie chcąc narażać się na ociekające kpiną uwagi.
          – Ej, nie obrażaj się. Przecież wiesz, że jest pięknie. – Blue szturchnęła go w ramię.
          Kiedy Syriusz odwrócił się do przyjaciółki, żeby posłać w stronę jej osoby jeszcze jeden złośliwy żart, jej już nie było. Wydawało mu się, że kątem oka zarejestrował jeszcze błysk za dużego, bordowego swetra w drzwiach do ich pokoju, ale uznał, że odpuści na dzisiaj dziewczynie kpin. A może to ona odpuściła mu?
          – Za półtorej godziny będą goście. Idźcie się przygotować chłopcy – poradziła Agatha po pięciu minutach czekania, aż jej mąż i syn trochę się ogrzeją.
          – Mamo, my nie potrzebujemy tyle czasu na ubranie się. Wystarczy piętnaście minut. – James zaśmiał się, ale posłusznie udali się po schodach na pierwsze piętro.
          Zanim jednak weszli do pokoju, usłyszeli głos Carli.
          – Jeśli wejdziecie, to wasze twarze już nigdy nie będą w takim samym stanie jak teraz – warknęła.
          Chłopcy skrzywili się lekko, ale nie protestowali. Dobrze wiedzieli, że Blue nie potrzebuje dużo czasu na przygotowanie się. Na pewno już zdążyła się uczesać, umyć i zrobić te wszystkie dziwne rzeczy, które dziewczyny robią przed jakimkolwiek wyjściem. Pomimo, że niektóre z nich nadal dla Syriusza pozostawały tajemnicą, musiał przyznać, że naprawdę dawały efekty, a dziewczyny wyglądały z nimi po prostu lepiej.
          Chłopcy nie pomylili się – Carla opuściła pokój po zaledwie kilku minutach. Początkowo Syriuszowi wydawało się, że stoi przed nim inna osoba. Nie widzieli jeszcze swojej przyjaciółki w takiej odsłonie. Ubrana była w ciemno zieloną, koronkową sukienkę, która naprawdę dobrze na niej leżała. Blond włosy zaplotła w warkocz, którego nazwy Syriusz i James oczywiście nie znali. Dopiero po kilku chwilach przyglądania się zmianie przyjaciółki, zdali sobie sprawę, że wygląda po prostu bardzo dziewczęco.
– Hmm… – zastanowił się Black, gapiąc się na Carlę z zaciekawieniem. – Mogło być gorzej – dodał, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmieszek.
        – Naprawdę jest tak źle? – spytała tak szczerze smutnym głosem, że Syriuszowi zaczęło się wydawać, że może rzeczywiście dziewczyna wzięła to na poważnie i naprawdę zrobiło jej się przykro.
          – Eeee… To znaczy… To nie tak. To był żart… – wyjąkał ze zmieszaniem, ale kiedy dziewczyna nadal wpatrywała się w swoje czarne buty, dodał: – Przepraszam.
          Usłyszał tłumiony chichot Jamesa za sobą i dopiero teraz zobaczył złośliwy uśmiech na twarzy Carli.
          – Patrzcie, ludzie! To wielki dzień! Syriusz Black mnie przeprosił! – krzyknęła i odwróciła się, aby udać się jeszcze na chwilę do łazienki.
          Kiedy zniknęła za zakrętem, Syriusz westchnął przeciągle.
          – Byłaby dobrą aktorką.


~~~~~~~~~~~~~


          Powoli zaczynali zbierać się goście. Jako pierwsi przyszli Edmund i Keira z dwójką malutkich dzieci. Carla widziała ich po raz pierwszy, ponieważ w ostatnich latach nie pojawiali się na święta u Potterów. Sprawiali wrażenie bardzo sympatycznych ludzi, a Carla od razu przypadła im do gustu. Później pojawiła się Rita – młodsza kuzynka Tobiasa. Blue wydawało się, że Rita traktuje ją bardziej jak koleżankę niż podopieczną swojego kuzyna. Ale nie ma co się dziwić. Rita miała zaledwie dwadzieścia siedem lat, równie dobrze mogłaby być jej siostrą. Czasami Carla miała wrażenie, że zachowuje się jak dorosła osoba, a czasami jak przebojowa osiemnastolatka.
          Kolejni przybyli rodzice Tobiasa. Zdecydowanie nie byli typem rozpieszczających dziadków, a raczej tych surowych i wymagających. W przeciwieństwie do rodziców Agathy, którzy od razu po wejściu do domu, wyściskali Carlę tak, że zabrakło jej powietrza w płucach.
          Kiedy dzwonek zadzwonił po raz kolejny, Carla była już tak zmęczona witaniem gości, że drzwi otworzyła bardzo niechętnie. Stali w nich rudy mężczyzna z szerokim uśmiechem na ustach, piękna kobieta z brązową burzą loków i chłopak, ubrany cały na czarno, z niezadowoloną, wręcz zniesmaczoną miną.
          – Dzień dobry! – krzyknął rudy mężczyzna. – Nazywam się Fil, a to są Tris i Morgead. My chyba się nie znamy!
          – Dzień dobry. Jestem Carla. – Podała rękę każdemu po kolei. Co prawda czarnowłosy chłopak zrobił to wyjątkowo niechętnie, ale chociaż starał się być uprzejmy. Pewnie rodzice po drodze zrobili mu wykład, że ma się uśmiechać, być grzecznym i nikogo nie obrażać.
          Blue z zaciekawieniem przyjrzała się chłopakowi. Był ubrany w potargane czarne spodnie i koszulę. Przez myśl jej przemknęło, że pewnie mama go zmusiła do jej ubrania, a sam był raczej skłonny założyć skórzaną kurtkę nabijaną ćwiekami. Posłał jej znudzone spojrzenie, na które odpowiedziała miłym, zachęcającym uśmiechem.
          – Nie wiedzieliśmy, że Agatha i Tobias mają córkę. Nigdy cię nie widzieliśmy – zagadał radośnie Fil, kiedy sprężystym krokiem przepychał się do środka.
          – Eee… Słucham? Nie, nie, to nie tak. Ja jestem tylko przyjaciółką Jamesa.
          – Tylko przyjaciółką, tak? – uśmiechnęła się serdecznie Tris.
          – Tak, tylko przyjaciółką – potwierdziła szczerze Carla, choć bardzo chciała, żeby było inaczej. Nie wcale nie, nie myśl tak.
          Kiedy Fil, Tris i Morgead rozebrali kurtki oraz buty i przeszli do dalszej części domu, w której zaczęli witać się z całą rodziną, drzwi bez pukania otworzyły się i stanął w nich kuzyn oraz kolejny brat Agathy z żoną.
          – Carla! – zawołali chórem. Ta część rodziny na świętach pojawiła się już rok temu i zdążyła bardzo polubić dziewczynę. Traktowali ją tak, jakby była siostrą Jamesa. Adler, kuzyn Tobiasa, był w stosunku do niej trochę oziębły, ale taki już miał styl bycia i wcale nie oznaczało to, że żywi do niej jakikolwiek rodzaj niechęci.
          Po krótkim przywitaniu goście zwalili się do kuchni, gdzie czekała już na nich Agatha. Kolejne całusy, uściski – Carla była już zmęczona tymi powitaniami. Jak to dobrze, że więcej nowych ludzi już nie odwiedzi tego domu w te święta. Lekko się garbiąc, przeszła do jadalni i niezauważona usiadła przy stole między Syriuszem a Jamesem. Cała rodzina chwaliła dekoracje Blacka, a ten z dumą wypinał pierś do przodu. Carla po prostu nie mogła się nie uśmiechnąć, widząc go tak zadowolonego z siebie. Widok szczęśliwych przyjaciół zawsze sprawiał jej radość, choćby była w najbardziej podłym humorze.
          Obiad minął w miłej atmosferze i nawet nie zamęczano jej tak bardzo pytaniami na temat życia osobistego, które tak często pojawiają się na tego typu spotkaniach rodzinnych. Okazało się, że zmartwienia Carli okazały się niepotrzebne, bo na stole zostało jeszcze dużo potraw, a goście byli już najedzeni do syta.
          W pewnym momencie Carla zauważyła, że skończył się kompot w dzbanku, więc oznajmiła, że pójdzie go nalać do kuchni. Przy okazji mogła chwilę odpocząć od zgiełku, wywoływanego przez dziewiętnastu ludzi. Oparła się o jasny blat i odetchnęła, ciesząc się chwilą ciszy i samotności. Co prawda, słyszała krzyki rodziny Potterów i Midlletonów, ale były one stłumione i nie przeszkadzały jej aż tak bardzo.
          Prawie upuściła dzbanek, usłyszawszy ciche chrząknięcie po swojej lewej stronie. W ogóle nie zauważyła, że w pomieszczeniu znajduje się ktoś oprócz niej. Odetchnęła z ulgą, kiedy zobaczyła, że to tylko Morgead.
          – Przestraszyłem cię – zauważył.
          – Niemożliwe – sarknęła Carla. – Wcale nie upuściłam prawie dzbanka na ziemię. Co tutaj robisz? Powinieneś być przy stole.
          – Ty też.
          Carla odwróciła się, kręcąc głową i napełniła przeźroczysty dzbanek jabłkowym kompotem. Czuła wzrok chłopaka na swoim karku i miała wielką ochotę się w niego podrapać.
          – Ja przyszłam tutaj po coś do picia, bo na stole już nic nie było. A ty co tutaj robisz? – ponowiła swoje pytanie, znów obracając się w stronę Morgeada.
          – Potrzebowałem ciszy i spokoju, ale jak widzę, a raczej słyszę, tutaj także ich nie zaznam – wyjaśnił krótko, niesympatycznym tonem.
          – Nie lubisz świąt? – pytała dalej Carla, nie przejmując się aluzją chłopaka. Chciała za wszelką cenę nawiązać z nim jakikolwiek kontakt.
          – Nie lubię ludzi, a tu jest ich zdecydowanie za dużo. – Skrzywił się.
          – Oj, nie przesadzaj. Ludzie nie są tacy źli. – Uśmiechnęła się do niego miło.
          – Nie są źli? – spytał, a na jego twarzy pojawił się kpiący uśmiech. – Ludzie są bezwzględni. Dokuczają słabszym, pogrążają innych w rozpaczy, mieszają innych z błotem, wyrządzają krzywdę tylko dla własnej przyjemności. To maszyny do mordowania. Zabijają wszystko, co stanie na ich drodze. Wybijają zwierzęta, ścinają drzewa, wyrywają kwiaty, żeby zaraz upuścić je na ziemię i pozwolić im uschnąć. Niszczą skały, gleby. Zabijają nawet siebie nawzajem. Nic innego nie czytam w gazecie, tylko kto kogo zabił, kto komu wbił nóż w plecy, kto kogo otruł, kto w kogo rzucił Avadą Kedavrą, kto kogo potraktował Cruciatusem. I ty mi mówisz, że ludzie nie są źli? Zabijają wszystko i wszystkich tylko, żeby zdobyć pieniądze lub władzę. Nie liczą się z niczym – mówił, a w jego oczach tliły się iskierki nienawiści. Stał tak blisko Carli, że ta czuła jego ciepły oddech na swojej twarzy. Bała się. Szaleństwo w jego oczach po prostu ją przerażało. W końcu chłopak ciężko opadł na krzesło, jakby mówienie sprawiło mu wielki trud. Blue dopiero teraz mogła odetchnąć spokojnie.
          – Przepraszam, przecież nie wszyscy tacy są – powiedział, zasłaniając twarz dłońmi.
          – Mogę wiedzieć, co się stało, że ich tak nie lubisz? – spytała niepewnym głosem, bojąc się, że Morgead znowu wybuchnie gniewem.
          Spojrzał prosto w oczy Blue. Może poczuje ulgę, kiedy jej powie? Może warto? Prawda była taka, że nie powiedział o tym nikomu, nawet swoim przyjaciołom. Jeszcze przed chwilą, kiedy ktoś oznajmiłby mu, że zwierzy się z tego nieznajomej, po prostu by go wyśmiał. Ale w tej dziewczynie było coś takiego, że po prostu musiał się z nią tym podzielić. Czy przyczyniła się do tej decyzji dziecięca naiwność Carli, upierdliwość, optymizm czy życzliwość – tego Margead nie wiedział. Zaśmiał się pod nosem, kiedy doszedł do wniosku, że można nazwać to po prostu urokiem osobistym.
          – Zamordowano mi brata – powiedział smutnym tonem.
          Carla wiedziała, że dotyka osobistego tematu, ale tego się nie spodziewała. Chłopak był naprawdę zrozpaczony. Chociaż bardzo chciała dowiedzieć się więcej na ten temat, powstrzymała swoją ciekawość i nakazała sobie nie pytać o nic więcej. Podeszła do Margeada i z pocieszającym uśmiechem na twarzy, wyciągnęła do niego rękę.
          – Idziemy coś zjeść. Nie możesz się tak odizolować.


~~~~~~~~~~~~


          Carlę obudził głos otwieranych drzwi. Zaspana, przetarła lekko oczy, ale świat wokół niej nadal wydawał się być rozmazany. Potrząsnęła głową, żeby znów widzieć wyraźnie. Rozejrzała się po pokoju. Wzrokiem natrafiła na zieloną, koronkową sukienkę, leżącą na oparciu krzesła, w której pokazała się na wczorajszym świątecznym obiedzie. Musiała przyznać, że spędziła go bardzo miło. W towarzystwie przyjaciół i rodziny Jamesa czuła się naprawdę świetnie.
          Ale co ją obudziło? Skrzypienie? Jej wzrok powędrował w stronę lekko uchylonych, białych drzwi. Stał w nich chłopak o miodowych oczach i brązowych włosach, z twarzą pokrytą bliznami. Przyglądał się jej z rozbawieniem, w ręce trzymając różdżkę i obracając ją we wszystkie strony.
          – Remus! – krzyknęła, budząc przy okazji Jamesa i Syriusza, którzy zakryli się tylko szczelniej kołdrami i mruknęli coś na temat krzyków w środku nocy.
          Skoczyła chłopakowi na szyję i przytuliła go do siebie mocno.
          – Jak się cieszę, że jesteś.
          Odsunęła przyjaciela od siebie i wzrokiem znawczyni zaczęła mu się przyglądać. Po krótkiej chwili badania jego wagi i wyglądu, niczym babcia, pokiwała głową z zadowoleniem i wpuściła go do pokoju. Już miała zamknąć za sobą drzwi, kiedy usłyszała wesoły głos:
          – Carla! Jeszcze ja!
          Blue odwróciła się, żeby zobaczyć rudą czuprynę, lecącą na nią z prędkością błyskawicy. Nie wytrzymała impetu uderzenia, więc szykowała się już na bolesne spotkanie z podłogą. Na szczęście Jamesowi, który w porę wstał z łóżka, w ostatnim momencie udało się ją złapać.
          Uśmiechnął się nonszalancko, spoglądając na nią z góry. Carla zajrzała w jego piękne czekoladowe oczy, w których płonęły wesołe iskierki. Ale nie zawsze takie były. Na co dzień pojawiała się w nich kurtyna kpiny, która skutecznie uniemożliwiała dostrzeżenie jego prawdziwych uczuć. Dopiero przy przyjaciołach jego oczy stawały się całkiem szczere. Musiała przed sobą przyznać, że James nadal jej się podobał, chociaż postanowiła, że zostawi go Lily.
          – Wstawaj, Carla. Nie jesteś już taka lekka jak przed Bożym Narodzeniem.
          Blue fuknęła jak rozjuszona kotka i podniosła się na własne nogi. Posłała jeszcze mordercze spojrzenie Jamesowi, który patrzył na nią z aroganckim uśmiechem na ustach. Przypomniała sobie, co było powodem jej upadku.
          – Lily! – krzyknęła i tym razem to ona podbiegła do przyjaciółki i mocno ją przytuliła. Oczywiście, mijając po drodze Jamesa, nie zapomniała, żeby w ramach zemsty uderzyć go pięścią w ramię. – Co ty tutaj robisz?
          – Nie zostawiłabym cię przecież samą w takiej sytuacji!
          Już po raz drugi w te święta poczuła, że ma naprawdę wspaniałych przyjaciół.





~~~~~~~~~~~~

          W siódemkę jechali w magicznie powiększonej błękitnej Syrenie państwa Potterów. Za oknem mijali odnowione kamienice Londynu, żeby zaraz ujrzeć te stare i rozsypujące się. Zatrzymali się przed, jak się Carli wydawało, tym najbardziej zniszczonym budynkiem. Szary prosty blok, z którego odsypywał się tynk, przysłaniał jej słońce. Optymistycznie pomyślała, że pewnie w promieniach słonecznych, kamienica musi lepiej wyglądać.
          James nie pocieszył się taką myślą. Na jego twarzy malowała się niepewność, kiedy wchodził za rodzicami po rozpadających się schodach, prowadzących do odrapanych drzwi. Agatha, stojąc przed nimi, szepnęła pod nosem kilka słów. Przez długą chwilę, podczas której mama Jamesa ze zniecierpliwieniem tupała nogą, nic się nie działo, ale w końcu drzwi uchyliły się z cichym skrzypieniem.
          – Coś nam się ostatnio zawiesza, ten alarm… – westchnęła i razem z mężem zniknęła w mroku mieszkania.
          Reszta popatrzyła na siebie ze zdziwieniem. Nie tego się spodziewali. Myśleli, że PWD będzie bogatą organizacją, a jej kwatera powinna znajdować się w co najmniej nowoczesnym, przeszklonym drapaczu chmur. Tymczasem budynek przed nimi był na tyle stary i zniszczony, że po prostu się rozsypywał.
          – Chodźcie! – Usłyszeli wołanie Tobiasa.
          Carla jeszcze raz spojrzała na swoich przyjaciół. Wszyscy przyszli, nie zostawili jej w trudnej sytuacji. Brakowało tylko Petera, ale Carla, już dnia poprzedniego, w głębi duszy wiedziała, że chłopak się nie pojawi. Wysyłając do niego list, w jej sercu tlił się jeszcze malutki płomyk nadziei, że Pettigrew nie był taki sam jak w książce, że wyzbył się tchórzostwa i nauczył się zwalczać swój strach. Niestety – Petera z nimi nie było, a ona nie miała możliwości, żeby coś z tym zrobić. Może gdyby bardziej starałaby się go zmienić, pomóc mu… Teraz mogła mieć tylko nadzieję, że chłopak nie wyjawi nikomu treści listu.
          Wzruszyła ramionami i przekroczyła próg zniszczonej kwatery PWD. Niestety w środku nie wyglądała lepiej. Wszystkie przedmioty były zakurzone i brudne. Na ziemi leżały szczątki dywanu, a podłoga, wyłożona panelami, w niektórych miejscach po prostu się załamywała. Ale nie to było najgorsze. Na szarych, brudnych ścianach wisiały podarte obrazy. Przedstawiały one straszliwe postacie. Twarz każdej z nich wykrzywiona była w grymasie bólu. Wszystkie krążyły w kółko, pojękując cicho, jakby z bólu straciły zmysły. Carla czym prędzej odwróciła od nich wzrok, nie mogąc znieść tego okropnego widoku. Chciała jak najszybciej zniknąć z tego pomieszczenia.
          Poczuła, że ktoś otacza ją ramieniem i pcha w dalszą część korytarza. Nie patrzyła na przerażające obrazy, ale nic nie mogła poradzić, że nadal słyszała ich jęki i prośby o pomoc. Nie wiedziała, co się dzieje, gdzie idzie; marzyła tylko o tym, żeby to wszystko wreszcie się skończyło. W końcu głosy zaczęły cichnąć, a ona, cała roztrzęsiona, weszła do kolejnego pokoju. Wtuliła głowę w pierś Syriusza, pragnąc się uspokoić. Poczuła, że przyjaciel objął ją, chcąc dodać jej otuchy. Musiała przyznać, że w jego towarzystwie czuła się bezpieczniej.
          Spojrzała na miny swoich przyjaciół. Lily była w trochę gorszym stanie niż ona sama, a najlepszym dowodem na to był fakt, że nawet nie zwróciła uwagi, iż  jest przytulona do Jamesa. Chłopcy też mieli nietęgie miny. Tylko Tobias i Agatha zachowali spokój. Zapewne przechodzili tędy już wiele razy.
          – Co to było? – spytała Blue, zwracając się do Agathy i Tobiasa.
          Rodzice Jamesa pokręcili tylko ze smutkiem głowami, nie kwapiąc się do wyjaśnień. Carla postanowiła, że i tak ich o to wypyta.
          Teraz znajdowali się w pokoju, który wyglądał trochę lepiej od poprzedniego. Pomimo, że ściany były poobdzierane, wszystko pokrywał kurz, a na podłodze walało się szkło, pomieszczenie utrzymane było w ciepłych barwach. Odcienie żółci sprawiały, że atmosfera nie była już taka przytłaczająca.
          Naraz wielkie drzwi otworzyły się z hukiem, sprawiając, że cała kamienica się zatrzęsła, a Carla miała wrażenie, że ta zaraz się rozpadnie. Wyskoczył zza nich niezwykły mężczyzna. Był to typ człowieka, który od razu zyskuje twoją sympatię, pomimo, że go nie znasz. Energiczny staruszek, ze sterczącymi na wszystkie strony siwymi włosami, ubrany był w długi, brudny, fioletowy płaszcz. Na jego twarzy widniał przesympatyczny, szczery uśmiech, który wyglądał, jakby nigdy stamtąd nie znikał.
        – Dzień dobry, dzień dobry. Agatha I Tobias! Dawno was tu nie było… I nowi! A ile was jest! Ohoho! Ale się ucieszą! Taaaak, dawno was tu nie było! A tyle się pozmieniało. I wy się zmieniliście… A czyżby to była nowa obdarzona? Pamiętam jeszcze jak byliście tacy mali Agatho i Tobiasie. Tak to ty musisz być ta Carla. Dziadek o tobie opowiadał. Taaak, tacy mali tacy słodcy… Tak, tak dzień dobry! Jak masz na imię? Ja jestem Jonathan. Powtórz Jo-na… Ale rudzielec! Mogę zobaczyć? Takiego ognisto rudego to jeszcze… Agatho, niech cię uściskam. Tobiasie, wyrosłeś na prawdziwego mężczy… A co to za blizny? Takie błękitne, takie niesamowite. Czym spowodowane? A ty musisz być James Potter! Taka ruda, takie blizny…. Jesteś taki podobny do ojca! – Jonathan z prędkością światła wyrzucał z siebie słowa, skacząc od jednego do drugiego gościa i uważnie mu się przyglądając. Jego wesołe oczy stale poruszały się, co chwilę obserwując inną stronę świata.
          – Jonathanie, spokojnie. Wszystko po kolei. – Agatha podeszła do niego i poklepała po ramieniu.
          Wszyscy byli tak bardzo zdziwieni, że nie mogli wydusić z siebie słowa. Nie zrozumieli prawie nic z przemowy staruszka. Carla nawet odnotowała w pamięci, żeby zapisać go na listę najbardziej zakręconych ludzi, których zna.
          Tymczasem Jonathan już pędził w głąb korytarza, stale powtarzając, żeby szli za nim.
          – Kto to jest, pani Agatho? - spytała Carla szeptem, kiedy staruszek się trochę od nich oddalił.
          – Dziwna osoba, prawda? On pracuje tutaj od lat. Jest sercem organizacji. Bez niego wszystko by się posypało. Jest kimś w rodzaju sekretarza, ale i przewodnika. Popatrz, ile tutaj jest korytarzy. Tylko on dokładnie zna całą kamienicę. Gdyby jego nie było, wszyscy byśmy się  pogubili.
          Carla spojrzała na Jonathana, idącego sprężystym krokiem przed nimi i co chwilę mruczącego ,,Za mną, za mną”. Jego wściekle fioletowa peleryna wesoło trzepotała, co chwilę zwijając się i odwijając. Nie mogła zrozumieć, jakim cudem akurat ten człowiek potrafi zapamiętać cała tę plątaninę korytarzy. Przecież on nie jest ani spokojny, ani poukładany.
          – Czy ja wiem, jak on to robi? - ciągnęła Agatha, jakby czytając Carli w myślach. – On zawsze był dla mnie zagadką… Może nam się tylko wydaje, że jest taki zakręcony. Czasem mam wrażenie, że myśli dużo szybciej, niż mówi i dlatego kończy w pół zdania.
          Kiedy piętnaście razy skręcili w prawo, szesnaście w lewo i przeszli schody, liczące dwieście pięćdziesiąt sześć stopni, które  wiły się chyba w nieskończoność, znaleźli się przed brązowymi, starymi drzwiami z krzywo przybitą, pozłacaną tabliczką, która mogła być odnawiana jakieś dwadzieścia lat temu. Napis na niej głosił ,,Antoni Crimon, prezes organizacji PWD”. Jonathan zapukał, a kiedy ze środka usłyszeli gniewny pomruk, otworzyli drzwi.
          Pierwszą myślą Carli było ,,Coś się pali”. Nigdzie jednak nie było widać ognia, więc poprawiła się na ,,Ktoś tutaj palił”. W pomieszczeniu, przesiąkniętym wonią papierosów, unosił się dym, który tworzył tak gęstą kurtynę, że oprócz niej nie można było nic dostrzec. Wszyscy zaczęli się krztusić.
          – Na Merlina! Panie Antoni! Co ja panu mówiłem na temat palenia w pomieszczeniu? Czemu nie wywietrzył pan pokoju? Auć! Przecież tutaj się udusić można! Auć! – wykrzykiwał Jonathan, na oślep przedzierając się do okna i co chwilę wpadając na jakieś meble.
          Już po chwili dym zastąpiło świeże powietrze, a Carla mogła dostrzec pana Antoniego. Był to potężnie zbudowany mężczyzna, ubrany w białą koszulę i krawat. W dużych ustach trzymał cygaro, a jego czarne, przetłuszczone włosy zostały idealnie zaczesane do tyłu. Z błękitnych oczu biły pewność siebie, poczucie wyższości i ignorancja. Nie wyglądał na sympatycznego człowieka, ale zachowanie Jonathana w stosunku do niego sprawiło, że Carla nie była przekonana, czy pan Antoni rzeczywiście był niemiły.
          – Kto to jest? – warknął.
          – Goście, panie Antoni, goście. Proszę być uprzejmym.
          Pan Antoni bacznie, spod przymrużonych powiek przyjrzał się nowo przybyłym. Każdego po kolei zmierzył czujnym wzrokiem. Po chwili stał od swojego biurka i powoli podszedł do Agathy. Lekko się przed nią ukłonił i ucałował jej dłoń.
          – Witaj, Agatho. Dawno cię tu nie było. – Uśmiechnął się po raz pierwszy odkąd przekroczyli próg tego pokoju. – Ciebie także Tobiasie – powiedział, podając mu rękę.
          Tobias i Agatha ledwo powstrzymywali śmiech, patrząc głęboko w oczy pana Antoniego. Po chwili jednak nie dali rady zachować powagi i szeroko się uśmiechając, rzucili się w stronę wielkiego mężczyzny z zamiarem wyściskania go. Ku zdziwieniu dzieci pan Antoni także szczerze się roześmiał i odwzajemnił uściski.
          – Bez zbędnych formalności, Antoni. Kopę lat!
          Po serdecznych powitaniach pan Antoni uznał, że teraz warto pomęczyć trochę dzieci. Kiedy podszedł do Lily, a ta mimowolnie się wyprostowała.
          – Przedstawić się - powiedział, rozkazującym tonem, nie spuszczając wzroku z jej twarzy.
          – Lily Evans – oznajmiła, tak przejętym głosem, jakby od tej odpowiedzi miało zależeć jej życie.
          Pan Antoni wiedział o niej już bardzo dużo. Z tak krótkiej rozmowy potrafił wywnioskować, że Lily jest na pewno osobą pilną, która wszystkie polecenia wykonuje z jak największą starannością. Dziewczyna nie odwróciła wzroku, kiedy spoglądał jej długo w oczy, dzięki czemu zyskała jego szacunek. Na pewno musi być uczciwa – pomyślał, chociaż nie wiedział na czym powinien oprzeć to wrażenie. Tak mu podpowiadał instynkt, a on już zdążył nauczyć się mu ufać.
          Teraz przyszła kolej na Remusa. Kiedy rozkazał mu się przedstawić, chłopak przemówił spokojnym, poważnym głosem. Bystry, rozsądny, sympatyczny, pomocny, dojrzały – wiele określeń Lupina przelatywało mu przez głowę. Zadowolony, że potrafi tak szybko ocenić innych ludzi przesunął się w stronę Carli.
          – Imię – rozkazał.
          – Charlotte Blue – oznajmiła z szerokim uśmiechem na twarzy.
          Pan Antoni już wiedział jaka jest. Optymistyczna, przyjazna, koleżeńska, lubiana przez innych, szczera. I pojęta. Zdał sobie sprawę, że dziewczyna go przejrzała. Ona wiedziała, że w środku wcale nie jest taki niesympatyczny. Lekko zamrugał oczami. Nie... Dziewczyna by się tak szybko nie zorientowała. Chociaż, jeśli nie tylko wygląd odziedziczyła po dziadku, stawało się to nad wyraz możliwe.
          Czym prędzej odsunął się od Carli, żeby stanąć oko w oko z wysokim, czarnowłosym chłopakiem.
          – Syriusz Black – przedstawił się, zanim pan Antoni zdążył cokolwiek powiedzieć. Zirytowało go to trochę.
          Zbyt pewny siebie, arogancki, zuchwały – trzy pierwsze cechy jakie przyszły mu do głowy, kiedy spojrzał na twarz Syriusza. Coś jednak musi w nim innego być, skoro Carla utrzymuje z nim kontakty – zastanawiał się pan Antoni. Musiał się przed sobą przyznać, że Syriusz nie był łatwy do przejrzenia. Nawet po dłuższej weryfikacji jego zachowania nie mógł odgadnąć, jaką cechę, tak zręcznie, ukrywa w sobie chłopak, stający przed nim.
          – James Potter – powiedział pan Antoni, chociaż nigdy w życiu go nie widział. Chłopak był na tyle podobny do ojca, że pan Antoni mógł go z łatwością rozpoznać.  Z opowieści Tobiasa wiedział, że jego syn w dzieciństwie był strasznym rozrabiaką, ale czy czas nie zmienił jego charakteru? Nie – odrzucił szybko tą myśl pan Antoni. Zawadiacki błysk w oku chłopaka od razu go zdradził. Chwila obserwacji i pan Antoni mógł stwierdzić, że James przypomina trochę Syriusza - pewny siebie, zuchwały i arogancki. Przeczucie, jeśli pan Antoni mógł tak to nazwać, podpowiadało mu, że Potter dodatkowo potrafi zachować się jak idealny starszy brat – opiekuńczy i troskliwy.
          Odwrócił się na pięcie i ponownie usiadł przy swoim biurku. Jeszcze przez chwilę przyglądał się wszystkim zgromadzonym.
          – Blue, Evans, Potter, Black, Lupin możecie wyjść. Jonathanie, zaprowadź ich – powiedział, a uwadze Carli nie umknęło, że idealnie zapamiętał ich nazwiska.
          Zanim zdążyli choćby mrugnąć, drzwi gabinetu były otwarte i stał w nich Jonathan. Carli zdawało się to niemożliwe, żeby ten staruszek przemieścił się z odległego kąta pokoju do nich tak szybko.
          Nie zdążyli nawet westchnąć ze zdziwienia, a już Jonathan pchał ich przez długi korytarz, obwieszony obrazami. Tym razem nie były one przerażające, a postacie na nich przedstawione uśmiechały się i witały wesoło.
          W zadziwiającym tempie znaleźli się przed jasnymi drzwiami, na których wisiała tak zniszczona tabliczka, że nie dało się z niej nic odczytać.
          – Zapraszam – powiedział Jonathan, otwierając drzwi na oścież.
          Carlę zamurowało. W jej stronę leciało niebieskie światło, a ją ogarnął tak wielki strach i zaskoczenie, że nie potrafiła się ruszyć. Było coraz bliżej, a jej ciało, pomimo wielkich starań, nadal odmawiało posłuszeństwa. Już była przygotowana na wstrząs, kiedy poczuła, że ktoś odpycha ją na bok. Głową uderzyła o coś twardego. Jeszcze zanim przed jej oczami zaczęła pojawiać się ciemność, zdążyła zobaczyć Jamesa, zwijającego się z bólu pod ścianą korytarza.

~~~~~~~~~~~~~~


          Cieszmy się i radujmy, bo Biance udało napisać się rozdział w ciągu trzech tygodni. Jak wam się podoba? Muszę przyznać, że pisanie go sprawiło mi wiele trudności, bo zdania nie wskakiwały mi tak po prostu do głowy, jak to zwykle bywa, a musiałam długo się nad nimi męczyć. Chyba zabrakło mi weny. Ale jak już napisałam, kiedy przeczytałam komentarz Natalii, rzuciłam fizykę i zabrałam się za pisanie! Niby nie deklarowałam, co ile będą się pojawiały rozdziały, ale postanowiłam sobie w głowie, że przynajmniej co dwa tygodnie. A tutaj już mijał trzeci tydzień, a nowego posta nie było.
          Wesołych świąt życzę! Już za niedługo wigilia! Jupijaj! Ale śniegu nie ma :( Postaram się, żeby rozdział był za dwa tygodnie, ale niczego nie obiecuję.
Zapraszam do zakładki bohaterowie!
Buziaki,
Bianka

Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic