piątek, 25 marca 2016

Rozdział X + pół roku bloga

Na dole pół roku bloga i podziękowania :)

~~~~~~~~~~

            Pan Antoni przemierzał kręte korytarze spokojnym, acz stanowczym krokiem. Patrzył prosto przed siebie, ani razu nie oglądnąwszy się na boki, a jego twarz nie wyrażała żadnych emocji, mimo że w gęstym powietrzu dało się wyczuć ciężką atmosferę zagrożenia. Sceneria także nie należała do tych przyjemnych. Postacie z obrazów, wiszących na ścianach, zwykle uśmiechnięte i wesoło pozdrawiające przechodniów, tym razem biegały między ramami obrazów, krzycząc, piszcząc i siejąc wokół siebie panikę.
            Prezes PWD jednak musiał być opanowany. Teraz priorytetem było odnalezienie Tobiasa i Agathy, aby poinformować ich o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Było to tym bardziej trudne, że nie znał drogi do ich pokoju, bo korytarze stale zmieniały swój układ, kiedy nikt nie widział, a jedyną osobą, która potrafiła się w tym rozeznać, pozostał Jonathan, aktualnie opiekujący się Obdarzonymi i ich przyjaciółmi.
            Budynek żyjący własnym życiem miał swoje zalety i wady. Z jednej strony było to świetne zabezpieczenie podczas ataków, a z drugiej pan Antoni dostawał wewnętrznego szału, próbując gdzieś trafić. Choćby w sytuacji takiej jak ta.
            Pomimo że z zewnątrz nie było tego widać, w środku umysłu pana Antoniego szalała prawdziwa burza. Mężczyzna błądził już od dobrych piętnastu minut, a gdzieś z przodu budynku Śmierciożercy wdzierali się do środka. Wiedział, że każda stracona sekunda może być fatalna w skutkach, każde opóźnienie może kosztować kogoś życie.
            Co prawda wysłał już wielu swoich ludzi, aby powstrzymali atak, ale w takich sytuacjach liczyła się każda osoba.
W końcu, po skręceniu w lewo przed prezesem PWD pojawiły się jasne drzwi z tabliczką, informującą, iż w tym pokoju mieszkają Agatha i Tobias. Najwyższy czas, pomyślał mężczyzna, zapukał i od razu otworzył drzwi.
Pokój państwa Potterów był jakby oderwany od rzeczywistości. Pogodna aura, którą roztaczała wokół siebie Agatha, nie pozwoliła dotrzeć tutaj ciężkiej atmosferze, wypełniającej korytarze. Panu Antoniemu od razu zrobiło się trochę przyjemniej, pomimo że zdawał sobie sprawę z niebezpieczeństwa im grożącemu.
            – Zbierajcie się – powiedział całkowicie opanowanym głosem do Agathy i Tobiasa, którzy siedzieli na kanapie i wpatrywali się w niego z zaciekawieniem, odłożywszy książki na kolana. – Śmierciożercy odnaleźli naszą kwaterę i zaatakowali. Ktoś nas wydał. Idziemy walczyć.
            Od razu podnieśli się na nogi i wyciągnęli różdżki. W ogóle nie wyglądali, jakby jeszcze przed chwilą ich myśli krążyły tylko wokół bohaterów powieści, które czytali. Teraz na ich twarzach malowały się determinacja, pewność siebie, ale i lekkie zaniepokojenie.
            – Co z dziećmi? – spytała Agatha.
            – Jonathan wyprowadza ich z kamienicy. Nie możemy pozwolić, żeby walczyli, nie czas jeszcze na otwarcie portalu. Poza tym sami by sobie z tym nie poradzili.
            – W takim razie możemy iść. – Tobias podszedł do drzwi i otworzył je, aby Agatha mogła przez nie przejść.
            – Śpieszymy się – ponaglił go pan Antoni.
            – Na kulturę zawsze jest czas – wzruszył ramionami, po czym puścił się biegiem za Agathą, która już zdążyła się trochę oddalić.

~~~~~~~~~

            Od momentu, w którym opuściła ich Carla, minęło już trochę ponad godzinę. W tym czasie James i Syriusz zdążyli zagrać trzy partyjki w eksplodującego durnia, zjeść całą tackę ciastek czekoladowych, które wynieśli potajemnie z obiadu, dwa razy zniszczyć i naprawić manekina do ćwiczeń Pedro i zabrudzić kanapę, na której siedziały Lily i Scarlette, kisielem. Teraz znaleźli sobie bardzo zajmujące zajęcie, jakim było przeszkadzanie Remusowi i Terry’emu w zgłębianiu wiedzy o wyjątkowo groźnych klątwach.
            – Czy wy naprawdę nie macie nic ciekawszego do roboty? – spytał Lupin po pięciu minutach utrzymywania nerwów na wodzy.
            – Luniaczku, siedzimy w tym pokoju od jakichś dwóch godzin – odpowiedział James – i wszystkie ciekawe zajęcia się skończyły. Liczymy na to, że może wy sprawicie, że czas spędzony tutaj będzie ciekawszy i bardziej emocjonujący.
            – Jedyne, co mamy wam do zaproponowania, to lektura. – Obdarzony zgromił wzrokiem Pottera i Blacka i rzucił im książkę w zielonej oprawce.
Nie mieli jednak czasu jej obejrzeć, bo do pokoju jak burza wpadli Jonathan i Carla.
Syriusz nie pamiętał wszystkiego dokładnie. Musieli uciekać. Przez korytarze prowadził ich Jonathan. Pędzili w szaleńczym tempie, mijając obrazy i pokoje, których nikt oprócz staruszka nigdy w życiu nie widział.
Nie miał pojęcia dokąd biegną ani przed kim uciekają, a kiedy przepchnąwszy się przez przyjaciół, dostał się do Carli, aby rozwiać swoje wątpliwości, dziewczyna wzruszyła tylko ramionami i pokręciła głową, dając mu do zrozumienia, że wie równie mało co on.
W pewnym momencie, kiedy minęli schody prowadzące w dół, w korytarzu zaczęło się robić ciemno, tak że Black ledwo co widział Jamesa biegnącego przed nim. Domyślił się, że musieli zejść do jakiejś piwnicy, bo nie było tutaj żadnych okien.
Biegli jeszcze dobre dziesięć minut. Ich tempo znacznie zmalało, wszyscy się już zmęczyli, a po początkowej energii nie było śladu. Syriusz zaczął zastanawiać się, jak to jest możliwe, że ta kamienica pomieściła w sobie aż tyle korytarzy, schodów i pięter. W końcu stanęli przed mahoniowymi drzwiami, do których trzeba było dotrzeć po stromych schodach.
Kiedy Jonathan otworzył je, oślepiło ich światło dzienne. Okazało się, że było to tylne wyjście z budynku. Przekroczywszy próg, znaleźli się na rogu dość szerokiej ulicy. Po jej drugiej stronie znajdował się park, do którego pośpieszani wołaniami Jonathana od razu się udali.
Biegli jak najszybciej, byle tylko oddalić się od kamienicy. Tylko po co? Przed kim uciekali? Czy ktoś ich zaatakował? Voldemort? Śmierciożercy?
Zatrzymali się dopiero, kiedy minęli zakochaną parę, siedzącą na ławeczce, tak beztroską i nieświadomą niebezpieczeństwa, które czaiło się całkiem niedaleko, po drugiej stronie kamienicy.
            – Zatrzymamy się teraz na chwilę. Zaatakowali nas… – mówił Jonathan. – Odpocznijcie… Chcą was porwać… Musimy uciekać… Na którym roku jesteście? Ostatnim? Nie? Piątym? Zaatakowali… Czyli nie potraficie się teleportować? Pewnie już wdarli się do środka, ale korytarze… Tak, nie przejdą tamtędy tak łatwo…
            – Kto?! – przerwał mu Syriusz, który już miał całkowicie dość ciągłej niepewności. – Kto nas zaatakował?! Kto chce nas porwać?! Voldemort?!
            – Oczywiście, że on... – Jonathan spojrzał na niego, jakby był ograniczony umysłowo. – Śmierciożercy, Voldemort. Są bardzo niebezpieczni… Bardzo… – Jego głos zamienił się w cichy pomruk, którego już nikt nie słyszał.
            Dopiero teraz , kiedy jego myśli już nie zajmował powód ucieczki, miał czas, żeby spojrzeć na swoich przyjaciół. Na twarzach wszystkich malowało się niemałe przerażenie, wywołane słowami Jonathana. James stał przy Lily i obejmował ją ramieniem, chcąc dodać jej otuchy. Scarlette, Pedro, Remus i Terry usiedli pod drzewem i zmęczeni oparli się o nie plecami. Carla natomiast siedziała sama na ławce. Ale w przeciwieństwie do innych w jej oczach można było się doszukać nie tylko przerażenia. Syriusz zobaczył w nich także poczucie winy.
            Podszedł do Carli, chcąc z nią o tym porozmawiać.
            – Co się stało? – spytał, przysiadając się do niej.
            Dziewczyna spojrzała na niego smutno. Dopiero teraz Black zauważył,  że jej oczy są zaszklone od łez.
            – Nie powinnam was w to wciągać – szepnęła. – Nie powinnam was narażać na takie niebezpieczeństwo. Nie powinniście przychodzić tutaj ze mną.
            – Co ty wygadujesz? – Syriusz był naprawdę zdumiony. – Przecież wiesz, że nie zostawilibyśmy cię w potrzebie. Na pewno nikt z nas nie żałuje, że dołączył do PWD. Ani ja, ani James, ani Remus, ani Lily. Bo czego nie robi się dla przyjaciół? – powiedział spokojnie. Naprawdę nie chciał, aby Carla się martwiła takimi rzeczami. Przecież to nie była jej wina, a teraz dodatkowo dziewczyna powinna zachować jasność umysłu.
            – Naprawdę? – Carla spojrzała na niego z nadzieją.
            – Naprawdę. – Uśmiechnął się i objął dziewczynę ramieniem.
            – No, koniec odpoczynku! Idziemy dalej! – zarządził Jonathan i od razu wstał z miejsca i robiąc bardzo duże kroki, ruszył przed siebie.
            Ale reszta nawet nie zdążyła się podnieść, bo osiem ptaków, w tym jeden czarny kruk, które właśnie wylądowało przed nimi, w mgnieniu oka zamieniło się w Śmierciożerców.
– I tu was mamy – powiedziała, uśmiechając się z chorą przyjemnością, kobieta o czarnych jak smoła włosach.

~~~~~~~~~~

Jeszcze przez pięć minut błądzili korytarzami, zanim udało im się trafić w miejsce bitwy. Czarodzieje z PWD już od dłuższego czasu walczyli ze Śmierciożercami, o czym świadczyła ilość szkód i zniszczeń oraz liczba martwych ciał, leżących pod ścianami. Pan Antoni z przerażeniem stwierdził, że wiele umarłych należało do jego ludzi.
Starając się jednak o tym nie myśleć, od razu rzucił się w wir walki. Zanim ktokolwiek zdążył go zauważyć, unieszkodliwił trzech Śmierciożerców, niebyt honorowo trafiając ich zaklęciami w plecy.
W takiej bitwie jednak nie chodziło o szlachetność i honor. Tutaj liczyła się tylko walka o przeżycie. Tutaj wszystkie ruchy były dozwolone.
W pyle unoszącym się w pokoju, dostrzegł Briana Rasuna, Alana Rota i Thomasa Coltiera, nauczyciela Obrony Przed Czarną Magią. Gdzieś po jego prawej stronie walczyli także Agatha z Tobiasem, stojąc do siebie plecami i ochraniając się nawzajem.
W pewnym momencie ledwo uchylił się przed czerwonym strumieniem światła, wycelowanym idealnie w jego głowę. W stronę pana Antoniego już biegł wysoki Śmierciożerca, który rzucał w niego zaklęcia z zadziwiającą szybkością.
Pan Antoni robił uniki, zasłaniał się tarczami, czasami udawało mu się nawet rzucić jakąś klątwę, ale przeciwnik znacznie przewyższał go umiejętnościami. Nie miałby po prostu z nim szans, choćby dwoił się i troił, aby wygrać tę walkę. Na szczęście na wynik wpływają nie tylko zdolności walczących, a także czynniki zewnętrzne, takie jak szczątki obrazu, leżącego pod ścianą, o które Śmierciożerca niefortunnie się potknął. Wtedy pan Antoni już nie musiał się wysilać, aby pokonać mężczyznę.
Naraz w jego uchu znikąd rozbrzmiał opanowany głos:
– Obdarzeni są bezpieczni?
– Na Merlina, Rasun! Nie strasz mnie tak! Są za kamienicą, nie ma się czego bać – odpowiedział, rzuciwszy jeszcze parę zaklęć w jakiegoś czarnowłosego mężczyznę.
Nie mógł jednak wiedzieć, że pomimo hałasu, wywołanego przez odgłosy walki, Teria usłyszała ich bardzo wyraźnie i już zbierała małą grupę Śmierciożerców, aby wyruszyć na poszukiwania Obdarzonych.

~~~~~~~~~~

            Peter Pettigrew czuł się naprawdę fatalnie. Był zmęczony, miał katar, co chwilę kaszlał, a do tego męczyło go poczucie winy. Co więc robił na minus dziesięciu stopniach, kiedy powinien leżeć w łóżku? Wracał ze sklepu spożywczego, do którego wysłała go mama, twierdząc, że krótki spacer po świeżym powietrzu bardzo dobrze mu zrobi.
Szedł powolnym krokiem, ciągnąc reklamówkę z zakupami po chodniku. Zapewne zaraz się porwie, pomyślał, ale nie przejął się tym zbytnio, ponieważ w kieszeni miał zapasową. Poza tym nie chciało mu się jej podnosić.
Zgodnie z przewidywaniami, po chwili usłyszał cichy trzask, a kiedy odwrócił się w stronę źródła dźwięku, okazało się, że zakupy leżą wysypane na ziemi. Głośno wzdychając, powoli zaczął wrzucać je do nowej reklamówki. Teraz będzie musiał już je normalnie nieść, bo trzeciej już nie posiadał.
Skończywszy nudną pracę, która przyprawiła go jedynie o zmarznięte dłonie, ponownie ruszył w stronę domu. Na szczęście jego cel znajdował się już bardzo blisko, więc po pięciu minutach ściągał kurtkę, grzejąc się w ciepłym korytarzu.
            Kiedy odłożył czapkę na półkę, zdał sobie sprawę, że w domu panuje dziwna cisza. Nikt go nie przywitał po powrocie, nie było słychać odgłosów normalnie wydawanych przez mamę, krzątającą się w kuchni, z salonu nie dobiegał sympatyczny głos taty. Dziwne, pomyślał Peter.
            Starając się zachowywać bardzo cicho, Peter wszedł do kuchni. Bał się tego, co może go dalej spotkać. W tych czasach nie było bezpiecznie, nie wiadomo, co kryło się za dziwną ciszą, panującą w domu. Pettigrew nie miał dobrych przeczuć.
            W kuchni nie zastał nikogo, więc niepewnie skierował się w stronę swojego pokoju, uprzednio mijając opustoszały salon. Jego ręce trzęsły się, kiedy wyciągał z kieszeni różdżkę. Dopiero teraz o tym pomyślał, wcześniej nie przyszło mu do głowy, żeby przygotować się na ewentualny atak.
            Powoli uchylił drzwi, tylko żeby zobaczyć straszliwy bałagan. Cała zawartość szafek leżała porozrzucana na ziemi, pościel i materac zostały rozdarte na kawałki, a biurko roztrzaskane. W pokoju jednak nie było żywej duszy. Śmierciożercy pewnie znaleźli to, czego szukali. Bo do tego,  że to oni włamali się mu do domu, nie miał wątpliwości.
            Peter szybko podbiegł do komody i energicznie wysunął szufladę. Serce zabiło mu szybciej, kiedy okazało się, że była pusta. Jeszcze raz zamknął ją i otworzył, żeby upewnić się, że list od Carli zniknął.
            Chłopak usiadł na łóżku i schował twarz w dłoniach. Nie dość, że był fatalnym przyjacielem, to teraz jeszcze niechcący przekazał poufne informacje Śmierciożercom. A informacja to potężna broń, decydująca o życiu wielu ludzi.
            Ze zdenerwowania uderzył ręką w poduszkę. Nie dość, że był fatalnym przyjacielem, to jeszcze syn nie był z niego dobry. Jak mógł doprowadzić do porwania własnych rodziców?
            Muszę ich uratować, pomyślał. Ale najpierw znajdę Carlę i opowiem jej o wszystkim.

~~~~~~~~~~

James zadziałał instynktownie, wyciągając różdżkę z kieszeni i stając przed Lily, gotów w razie niebezpieczeństwa zasłonić ją własnym ciałem. Śmierciożercy zaatakowali od razu, nie dając im ani chwili do zastanowienia się. Potter ledwo zdążył odbić zaklęcie, które w niesamowitym tempie wymierzył w niego wysoki blondyn. Usłyszał obok głos Lily, która widząc, że jej przyjaciel ledwo uchronił się przed zagrożeniem, od razu przystąpiła do ataku.
Pomimo kurzu, który podniósł się z ziemi po rozpoczęciu walki i otulił ich niczym mgła, James zauważył, że ich mała grupka zbiła się w ciasną kupę. Trochę uspokoił się, widząc, że wszyscy jego przyjaciele nadal byli cali i zdrowi. Syriusz i Carla stali do siebie plecami i bronili się przed dwójką Śmierciożerców. Scarlette i Pedro ramię w ramię napierali na brązowowłosą kobietę, której uśmiech zszedł z twarzy, kiedy poznała umiejętności Obdarzonego chłopaka. Terry i Remus w miarę radzili sobie ze swoim przeciwnikiem. Sprawiało im to trochę problemów, ponieważ w przeciwieństwie do Hiszpana nie zostali obdarowani nadzwyczajnymi mocami walki. Co prawda zaklęcia Terry’ego były naprawdę silne, ale wysłannik Voldemorta już zdążył opanować swoją taktykę, polegającą po prostu na uchylaniu się przed nimi. W końcu oni byli tylko nastolatkami, a ci Śmierciożercy posługiwali się magią wyjątkowo dobrze i nie wahali się przed rzucaniem zaklęć niewybaczalnych. Jonathan natomiast, zręcznie uskakując i z szybkością światła rzucając zaklęcia, całkiem dobrze radził sobie ze swoimi dwoma przeciwnikami.
Potter na tyle zajął się upewnianiem, czy jego przyjaciele są bezpieczni, że nawet  nie zauważył czerwonego promienia światła skierowanego prosto w jego stronę. Gdyby nie Lily, która szybko wyczarowała przed nim tarczę, mógłby już nie żyć lub leżeć nieprzytomny na ziemi.
– Uważaj, Potter! – krzyknęła jak najgłośniej, aby jej głos przebił się przez zgiełk panujący na polu bitwy.
            Nie było to jednak potrzebne, ponieważ James już dobrze wiedział, że nie może się tak łatwo rozpraszać. Teraz powinien się skupić na swoim przeciwniku, bo Lily nie poradzi sobie z dwoma Śmierciożercami, a nie martwić się o innych.
            Kilka razy rzucił drętwotę w stronę jasnowłosego mężczyzny, ale ten odbił jego zaklęcia z łatwością i od razu przeszedł do ataku. Teraz to James musiał się bronić, a że jego przeciwnik był niebywale szybki Potter nie potrafił nad nim nadążyć. Już po chwili zaczęło mu brakować oddechu, w przeciwieństwie do blondyna, który wyglądał, jakby to była dla niego przednia zabawa.
            Cały czas musiał się cofać. Uchylił się przed zielonym promieniem i wykorzystując chwilę nieuwagi przeciwnika po okrzykach jakiejś ciemnowłosej kobiety, którą na chwilę się zainteresował, rzucił w niego zaklęciem petruficus totalus. Niestety mężczyzna nazwany Albertem refleks miał bardzo dobry i zdążył uniknąć ataku.
            Widział, że leci w niego strumień czerwonego światła. Poczuł jak uderza w niego, a on zostaje odrzucony do tyłu. Pociemniało mu przed oczami i zakręciło się w głowie. Resztkami sił próbował nie stracić przytomności. Zamknął oczy.
            Udało mu się pozostać świadomym, ale kiedy uchylił powieki, zobaczył Alberta pochylającego się nad nim z podłym uśmiechem. W jego głębokich, czarnych oczach płonęły płomienie bezwzględności, kiedy podnosił różdżkę, aby wypowiedzieć zaklęcie uśmiercające.
            – Ava…
            – Petrificus Totalus! – krzyknęła Lily, która w mgnieniu oka znalazła się przy Potterze, wcześniej pokonawszy swojego przeciwnika.
            Albert odleciał do tyłu i upadł na ziemię sztywno jak kamień.
            – Mówiłam ci, żebyś uważał – odezwała się Evans, podając Jamesowi rękę, a ten skorzystał z jej pomocy.
            Uważnie przyjrzał się dziewczynie. Miała rozczochrane włosy, podkrążone oczy i parę zadrapań na rękach i twarzy, ale nie zauważył żadnych poważniejszych ran.
            – Wszystko dobrze? Nic ci nie jest? – spytał.
            – Tak, tak. Udało mi się wyjść z tej bitwy bez większych obrażeń. Chodźmy pomóc reszcie.
            Od razu odwrócili się, aby znaleźć sobie kolejnego przeciwnika i pomóc przyjaciołom. Nie spodziewali się jednak takiej sceny. Nie spodziewali się, że usłyszą rozdzierający powietrze krzyk bólu i zobaczą upadającego bezwładnie na ziemię Syriusza.

~~~~~~~~~~

            Na początku nie mogła uwierzyć w to, co się stało. Nie mogła uwierzyć, że krzyk, który przed momentem zaatakował jej podświadomość, należał do Syriusza. Do chłopaka, który jeszcze przed chwilą stał obok niej i chronił jej plecy, dodając jej odwagi i zapewniając poczucie bezpieczeństwa. Przyjaciela, bez którego ze strachu nie potrafiłaby obronić się, rzucić ani jednego zaklęcia..
Jej oczy rozszerzyły się ze zdumienia, a po policzkach popłynęły łzy, kiedy zobaczyła zakrwawionego Syriusza, leżącego na ziemi. Nie zwracając uwagi na bitwę toczącą się wokół, podbiegła do chłopaka i uklękła przy nim. Spojrzała na jego nieruchomą twarz i wybuchła płaczem. On przecież nie mógł umrzeć. Tacy wspaniali ludzie nie mogą odchodzić, powtarzała sobie w myślach.
– On musi żyć! – rozpaczliwie krzyknęła.







Wydawało jej się, że znajduje się  w innej, odległej rzeczywistości. Rozpacz, która ją ogarnęła całkowicie zagłuszyła odgłosy bitwy, nadal toczącej się wokół niej. Przecież te kolorowe strumienie światła, które mijały ją o cale, nie mogły jej dotyczyć. Wszystkie krzyki, obrazy były jakby z innego świata, w ogóle nie łączyły się żalem, który rozsadzał jej serce.
I wtedy do jej świadomości wtargnął głos, którego już bardzo dawno nie słyszała. Głos ciepły, przyjazny i miękki – taki, którego możesz słuchać całymi godzinami. Wydawał jej się znajomy, ale początkowo nie potrafiła go rozpoznać. Dopiero po chwili przypomniała sobie bajki opowiadane jej na dobranoc, rozmowy podczas wspólnych spacerów – to był głos jej dziadka, Daniela. Gdy zdała sobie z tego sprawę w jej głowie pojawił się jego obraz. Siedział na swoim bujanym fotelu i wpatrywał się w nią intensywnie. Na jego twarz wpłynął pocieszający uśmiech.
            – Dasz radę, kochana. – Usłyszała w swojej głowie. Nie załamuj się, wszystko będzie dobrze. Teraz musisz walczyć.
            – Dziadziu? – zapytała, pociągając nosem, ale wizja jej Daniela rozpłynęła się, a ona znów widziała otaczający ją świat.
Nie miała pojęcia, co się właśnie wydarzyło, ale wiedziała, że musi posłuchać dziadka. Jej obowiązkiem jest pomóc przyjaciołom, nie może się teraz poddać. Musi pilnować Syriusza. Żaden Śmierciożerca nie ma prawa się do niego zbliżyć.
Podniosła się na nogi. Ze swoimi rozczochranymi blond włosami, podkrążonymi od płaczu oczami, w których paliły się płomienie nienawiści, strugami łez na policzkach i poharataną twarzą, stojąc w postawie bojowej, z różdżką w ręce ubrudzonej krwią, gotowa rzucić strasznymi zaklęciami w każdego, kto śmie się tylko zbliżyć, wyglądała całkiem jak zwiastunka śmierci. A kiedy zaczęła ciskać klątwy na prawo i lewo, tumany kurzu i pyłu uniosły się wokół niej, sprawiając, że wyglądała jeszcze bardziej przerażająco.
Zauważyła, że nie była sama. Zbliżyła się do niej także reszta jej przyjaciół, stając wokoło Syriusza. Każdy z nich starał bronić się przed Śmierciożercami. Najlepiej szło Jonathanowi, jako najlepiej wykwalifikowanemu czarodziejowi z nich wszystkich i Pedro, który posiadał dar. Jednak nawet on nie mógł się równać z czarnowłosą kobietą, która dopiero teraz włączyła się do walki.
Czarownica charakteryzowała się zręcznością i szybkością, a jej zaklęcia odznaczały się wyjątkową mocą. Wydawałoby się, że nie może  być zwykłym człowiekiem, jej umiejętności były zbyt wielkie.
Carla nie mogła się jednak nad tym zastanawiać, ponieważ zaatakował ją jeden ze Śmierciożerców. Broniła się, jak mogła, ale czuła, że jej siły się kończą. W przeciwieństwie do jej przeciwnika, który wyglądał, jakby jego zapas energii wcale się nie zmniejszył. I pomimo że jej zaklęcia jeszcze nigdy nie były tak silne, nadal nie mogła dorównać mężczyźnie, który jakby sobie z niej kpił.
I w końcu nie udało jej się uchylić przed klątwą. Jej ciało zesztywniało, a ręce przylgnęły do boków. Nie mogła się poruszyć ani nic mówić. Domyśliła się, że ugodziło ją zaklęcie petrificus totalus. Upadła na ziemię, a jej głowa boleśnie uderzyła o but Syriusza. Zanim jeszcze jasnowłosy Śmierciożerca pochylił się nad nią i wymierzył w nią różdżkę, zobaczyła jak Terry bez życia upada, ugodzony zielonym promieniem. Widziała Remusa, wpatrującego się z niedowierzaniem w przyjaciela, który jeszcze przed chwilą stał tuż obok niego, Lily i Jamesa, którzy ostatkiem sił bronili się przed trójką napierających na nich wysłanników Voldemorta. Dostrzegła Pedro i Scarlette, rozpaczliwie starających się powstrzymać ataki Śmierciożerców.
Zamknęła oczy, przygotowana na ostatni cios.

~~~~~~~~~~

            Witam!
            I mamy koniec rozdziału X.
            Jak wam się podoba? Przyznam się wam, że łzy mi się polały w pewnym momencie.
            Ostatnie dwie części pisałam dzisiaj, resztę miałam gotową już dwa tygodnie tygodnie temu, ale jakoś nie potrafiłam rozdziału zakończyć.
            Spóźniłam się tylko dwa tygodnie, nie miesiąc jak ostatnio! Ale i tak przepraszam :(
Dodałam co nie co do zakładki LBA. Możecie spojrzeć :)

            I zapomniałam jeszcze o pewnej ważnej rzeczy, która miała miejsce pierwszego marca. Pół roku mojego bloga!
            Zapomniałam o tym wydarzeniu, ale bardzo chciałam o nim wspomnieć, żeby podziękować pewnym osobom :)
            Cieszę się, że wytrwałam aż tyle. Początkowo myślałam, że tworzenie tej historii zajmie mi tylko pół roku, ale jakoś się przedłużyło. Może przez to, że dodaję rozdziały co miesiąc?
           
            L – Dziękuję ci za to, że byłaś ze mną od samych początków. Nie chodzi o to, że komentowałaś u mnie od prologu, a o to, że od początku mojej przygody z bloggerem cię podziwiałam i twój blog był pierwszym potterowskim FF, jakie przeczytałam i to dzięki tobie założyłam swojego. Cieszę się także, że ostatnio nawiązała się między nami przyjaźń i że zaproponowałaś mi współpracę. To naprawdę dużo dla mnie znaczy :) Dziękuję ci za szczerość i uchronienie mnie od marysuizmu :)
            Mentrix Hadley – Twój blog był pierwszym, na którego weszłam. I od razu się w nim zakochałam. Dziękuję ci za to, że jesteś ze mną od początku, wspierasz mnie i pomagasz. A także ostatnio grozisz, ale to możemy pominąć. Cieszę się także, że ostatnio piszemy coś razem (czekajcie na coś nowego w najbliższym czasie!) i mogłyśmy się zaprzyjaźnić. Wiele dla mnie znaczysz!
            Gabsone nene – Jesteś dla mnie takim blogowym mentorem, Gabsone! Dziękuję ci za czepialstwo, dziękuję, że zawitałaś na moim blogu, a za swój cel życiowy wybrałaś sobie wypisanie mi wszystkich błędów :) Dziękuję ci z całego serducha za wszyściuteńko, co dla mnie zrobiłaś!
            Nique Em – Dziękuję ci za wyrozumiałość, za to, że chciało ci się w ogóle zostać moją betą, że jesteś dla mnie taka cierpliwa i z taką starannością sprawdzasz moje rozdziały, pomimo ogromnej ilości błędów.
            Karolina – Ty już dobrze wiesz, za co ci dziękuję!
            Ola – Ola, Ola, Ola! <3 Dziękuję ci za pomoc w wymyślaniu przyszłości Carli, za czytanie moich krótkich opowiadań, za ciągłe czuwanie nade mną i pośpiesznie w pisaniu rozdziału. Kochana, bez ciebie ten rozdział dalej byłby nienapisany.
            Eskaryna – Dziękuję ci, bo komentując moje wypociny, dodajesz mi takiej specyficznej motywacji. Wiedz, że zawsze czekam z niecierpliwością na twój komentarz, bo jest w nim bardzo dużo wyrozumiałości i koleżeństwa.
            Optymist – Dziękuję ci za ciepło, które aż bije od twoich komentarzy. Dodajesz mi motywacji i chęci pisania. Twoje komentarze są naprawdę cudowne!
The Grey Lady – Kochana! Dziękuję ci za twoje przecudowne komentarze, które naprawdę miło mi się czyta. Za chęć pisania, której mi dodajesz, za konstruktywną krytykę, za wyrozumiałość i cierpliwość :)
OlaAleksandra – Jesteś ze mną najdłużej i to cud, że dalej to czytasz. A więc dziękuję ci za to z całego serduszka! Dokładnie pamiętam twój pierwszy komentarz i to ,,Aleksandra, miło mi!”. Był taki obszerny i długi, po raz pierwszy wtedy ktoś przyszedł do mnie z taakim komentarzem.
KIMI – Podziękowania za twoje prześmieszne komentarze. Zawsze się przy nich szczerze uśmiecham! Mam nadzieję, że za niedługo powrócisz z nowym rozdziałem :) Bo ile można na to czekać?
Natalia Żywicka – Dziękuję ci za przedługie, przekochane i prześmieszne komentarze :) Za to, że zawsze jesteś pierwsza i czekasz na te rozdziały. Dziękuję ci za ciepło, które wnosisz do tego bloga i za wymyślanie nazw pairingów :)
Esmi – Aloha! Esmi, dziękuję ci za naprawdę śmieszne komentarze, którymi zawsze doprowadzasz mnie do łez. Zawsze taaaaaak się śmieję :) Kochana, baaaardzo się cieszę, że tutaj zawitałaś i że wnosisz taką luźną atmosferę :)
            Sophie Casterwill – Wiesz, że twoje komentarze są przecudowne? Często za nie przepraszasz, a one są przecież idealne! Zawsze się przy nich śmieję, a dodatkowo się uczę! Więc dziękuję ci za nie, za opinię, za pokazanie, że moim postaciom czasami brakuje tego czegoś i pomoc w ich naprawianiu :)
            Mglista – Zawitałaś tutaj całkiem niedawno, ale za to z jakim komentarzem przyszłaś! Naprawdę dziwię się, że chciało ci się to wszystko komentować! Pisać dziewięć komentarzy? To naprawdę dużo! A więc dziękuję ci za to z całego serducha.

            Dziękuję osobom, które pojawiły się całkiem niedawno: Kot Książkowy, Emiko, Soledad. Dopiero co przyszłyście, a już sprawiłyście mi tyle przyjemności i wywołałyście uśmiech na twarzy!
            Dziękuję osobom, które kiedyś były i gdzieś zniknęły. Dalej jesteście w moim sercu, wiedzcie, że cały czas o was pamiętam :) Nika483Kath, Andrea Ceruelo, oNyks Xyz, Aniela, Zielonooka, Aleksandra MalikTesa.
            Dziękuję wam wszystkim za wspólne tworzenie tej historii, dziękuję, że jesteście ze mną, że pomagacie mi, czekacie na moje rozdziały, pomimo że nie są idealne. Każdy z was wnosi coś od siebie do tego bloga, ponieważ wszyscy razem go tworzymy. Bez was pewnie już dawno by nie istniał, dlatego z całego serca dziękuję za to wszystkim!
            Jeśli interesują was statystyki, to tutaj je podaję :)
            Wyświetlenia – 5252
            Komentarze – 213
            Obserwujący – 20
            Posty – 11
            Szczerze mówiąc, nie spodziewałam się tak dużych liczb w tak krótkim czasie. Marzyłam, aby do końca mojego bloga mieć 15 obserwujących. Teraz mam dwudziestu, a przecież nadal tworzę bloga! Dziękuję wam za to bardzo, bo bez was bym tego nie osiągnęła!
Wesołych świąt wielkanocnych! 
Pozdrowionka,
Bianka

piątek, 19 lutego 2016

Rozdział IX

Rozdział specjalnie dla Oli, która czuwa, abym pisała jak najszybciej.

            – Trochę się denerwuję – oznajmiła Carla, wkładając do torby książkę do eliksirów, którą znalazła w zbiorach Terry’ego.
            – Oj, nie ma czym. – Scarlette szturchnęła ją łokciem w bok. – Przecież to tylko lekcja eliksirów.
            – To jest prawie jak nowa szkoła… – westchnęła, wychodząc z pokoju.
            Reszta już na nie czekała. James i Syriusz mieli dość niemrawe miny. Nie uśmiechała im się nauka podczas przerwy świątecznej. Pedro wyglądał na obojętnego, natomiast Remus i Terry raczej byli ucieszeni możliwością edukacji. Lily denerwowała się podobnie jak Carla i błądziła nieobecnym wzrokiem po twarzach przyjaciół.
            – Nie rozumiem, jak mogli kazać nam się uczyć? Oni nie znają funkcji przerwy świątecznej? Przecież stworzono ją, żeby uczniowie mogli odpocząć. Ja nie wiem, czy to jest takie trudne? – James zaczął mocno gestykulować rękami w połowie drogi do sali eliksirów.
            – Jak twoja mama mogła nam to zrobić? – dołączył się Syriusz.
            –  Oni po prostu chcą jak najlepiej przygotować nas do wojny – wytłumaczył cicho Remus.
            Atmosfera mocno się zagęściła. Dopiero niedawno dotarło do nich, jakie ryzyko podejmują, towarzysząc Carli. Jeszcze parę dni temu nie zastanawiali się nad konsekwencjami, a kierowała nimi tylko chęć zmieniania świata na lepsze i pomoc przyjaciółce. Nie myśleli, że będą ważnymi postaciami najbliższej wojny, a wielu wytrawnych czarodziei po prostu będzie chciało ich zabić. Teraz ogarnął ich lęk. Zaczęli bać się, że lada moment zostaną zaatakowani, ciągłe życie w niebezpieczeństwie zaczęło im przeszkadzać.
            Mimo to jeśli ktoś dałby im możliwość zmiany swojej decyzji, żaden z nich by z niej nie skorzystał. Tak naprawdę nikt nie żałował dołączenia do szeregów PWD.
            – Aha, czyli nauka ważenia amortencji ma nas uratować? – spytał z przekąsem Potter.
            – Nic nie jest w stanie przygotować nas do wojny – wtrącił Pedro, który zdążył się trochę otworzyć przed Carlą i jej przyjaciółmi. – Ale starają się, jak mogą.
            – Poza tym skąd wiesz, James, że będziemy ważyć amortencję? Założę się, że profesor Alan nauczy nas eliksirów, które mogą nam się przydać na wojnie i uratować nam życie – dodała Lily trochę zdenerwowana.
            – Patrzcie jaki piękny ptak! – krzyknęła Carla, niezbyt pomysłowo zmieniając temat.
            Zatrzymali się przy oknie. Rzeczywiście na parapecie sąsiedniej kamienicy siedział wyjątkowo duży kruk, ale pięknym nie można było go nazwać. Jego wygląd raczej odpychał, niż przyciągał.
            – Chyba znamy inną definicję piękna – mruknął Syriusz pod nosem.
            Zaśmiali się.
            – Trochę przypomina mi ciebie. Te czarne, sterczące na wszystkie strony pióra przypominają mi twoje włosy, a i jego wyjątkowo nieproporcjonalna sylwetka jakoś mi do twojej pasuje. – Carla pokazała mu język i ruszyła dalej korytarzem, nie pozostawiając mu czasu na odpowiedź.
            Klasa do eliksirów nie znajdowała się daleko, więc mogli się do niej dostać sami. W innych przypadkach odprowadzał ich Jonathan. Carli stale wydawało się, że korytarz zmienia swój kształt. Przcież tyle razy szła już do gabinetu pana Antoniego, a dalej myliła drogę.
            Dotarli na miejsce po niecałych dwóch minutach. Zapukali w duże brązowe drzwi, a kiedy ze środka pokoju usłyszeli zaproszenie, weszli do klasy.
            Nie przypominała ona w najmniejszym stopniu tej Hogwarckiej. Przede wszystkim pomieszczenie było jasne. Dzięki kremowym ścianom i promieniom słonecznym wpadającym przez okno, wydawało się przytulne i ciepłe. Carla usiadła w ławce z Lily, James z Syriuszem, Scarlette z Pedro, a Terry z Remusem. Zajęli swoje miejsca w milczeniu, wpatrując się w profesora Alana, wysokiego mężczyznę z brązowymi włosami, który pisał coś zawzięcie w swoim notesie, nie zaszczyciwszy ich nawet spojrzeniem.
            W końcu po krótkiej chwili podniósł wzrok i obdarzył ich promiennym uśmiechem.
            – Przepraszam was bardzo. Musiałem jeszcze coś zapisać. Poinformowano mnie, że będę miał nowych uczniów. Nie musicie się przedstawiać, znam już wasze nazwiska. Ale wy chyba mnie nie znacie. Nazywam się Alan Rot i będę was uczył eliksirów przez najbliższy tydzień. To trochę mało, co? Ale staramy się wykorzystać każdą chwilę na waszą edukację. Gwarantuję, że nie będzie to czas stracony. Nauczę was ważenia paru przydatnych eliksirów, które pomogą w uzdrawianiu chorych. Tak to na pewno wam się przyda… Dzisiaj nauczymy się przygotowywać antidotum na popularne trucizny. – Profesor Alan machnął różdżką, a na tablicy pojawiły się składniki eliksiru i sposób jego przygotowania. – Proszę bardzo, wyciągamy kociołki, odpowiednie składniki możecie zabrać z szafki.
            Kiedy Carla przeczytała napisy, które pojawiły się na tablicy, głośno westchnęła. Przygotowanie eliksiru wyglądało na ponad jej siły, więc nie pozostało jej nic jak liczyć na pomoc Lily. Miała nadzieję, że przyjaciółka przypilnuje, aby jej eliksir był przynajmniej w połowie zrobiony poprawnie.
            Skierowała się do dużej drewnianej szafy i zabrała z niej dwa bezoary, trochę składnika standardowego, sproszkowanego rogu jednorożca i jagód z jemioły. W drodze powrotnej niechcący wpadła na Jamesa. Dotarła do stolika jeszcze przed Evans, więc usiadła na krześle i ponownie przeczytała sposób przygotowania eliksiru. Może jednak nie był taki trudny? Może sobie z nim poradzi?
            Zdeterminowana chwyciła swój moździerz i dokładnie ubiła w nim dwa bezoary. Nawet nie zauważyła, kiedy przyszła jej sąsiadka, była tak zajęta swoją pracą. Wrzuciła cztery miarki tak powstałego proszku do kociołka i dodała dwie miarki standardowego składnika. Na razie wszystko szło jak z płatka. Podgrzała wywar na średnim ogniu przez dokładnie pięć sekund. Teraz miała czekać przez dokładnie trzydzieści cztery minuty, bo eliksir musiał odpocząć przez taki czas.
            Rozejrzała się po sali. Lily przyglądała jej się z zaciekawieniem i uśmiechała się do niej lekko. Chyba była dumna, że idzie jej tak dobrze. Wszyscy oprócz Pedra doszli do tego samego momentu w ważeniu naparu co Carla. Tylko z kociołka Hiszpana wylatywały śmierdzące opary. Po chwili jednak Scarlette, która była prawdziwą mistrzynią w tej dziedzinie, doprowadziła eliksir do względnego porządku.
            – Jak tam wam idzie? – Za swoimi plecami usłyszała głos Jamesa. Odwróciła się do niego i uśmiechnęła się radośnie.
            – Chyba wszystko dobrze.
            Była naprawdę bardzo szczęśliwa. Po raz pierwszy z eliksirów szło jej aż tak dobrze. Wykonała już połowę swojej pracy i jeszcze nie zdążyła niczego zepsuć, co bardzo rzadko się jej udawało. Normalnie jej eliksiry wybuchały, niekiedy wypalała dziury w ławkach, za co zwykle zostawała obdarzana nieprzychylnym spojrzeniem profesora Slughorna. Uśmiechnęła się do siebie, kiedy przypomniało jej się, jak jakiś żrący eliksir zalał biednego profesora i wypalił dziury w jego ubraniach. Na szczęście Lily zareagowała bardzo szybko, a skóra profesora została uratowana. Carla nie chciała wiedzieć, co by się stało, gdyby nie jej przyjaciółka. Możliwe, że nauczyciela eliksirów nie byłoby już na tym świecie.
            Zostało jeszcze tylko dwadzieścia minut. Lily rozmawiała z Jamesem i Syriuszem, a do jej głowy docierały zaledwie strzępki wesołej rozmowy. Jej myśli odpłynęły daleko, w stronę nadciągającego niebezpieczeństwa. Myślała o tym ze spokojem, ale wcale nie oznaczało to, że się nie bała. Po prostu zdążyła się do strachu przyzwyczaić. Zaczęła traktować go jak nieustępliwego, wiernego towarzysza.
            Mimo to, nie żałowała wstąpienia do PWD. Czuła, że to jej powinność i że wraz ze swoimi starymi i nowymi przyjaciółmi odegra ważną rolę w tej wojnie. Czasami tylko miewała wyrzuty sumienia, że wciągnęła w to wszystko niewinnych ludzi. James, Syriusz, Lily i Remus przecież nie musieli narażać swojego życia. Co innego Scarlette, Pedro i Terry. Oni, podobnie jak Carla, zostali odgórnie wybrani, obdarzeni nadzwyczajnymi umiejętnościami i wręcz ich obowiązkiem była pomoc organizacji. Blue pocieszała się tylko myślą, że przecież jej przyjaciele i tak wybraliby taką drogę. Zamiast do PWD dołączyliby do Zakonu Feniksa i podobnie jak teraz walczyliby z Voldemortem. Szkoda jedynie, że nastąpiło to tak szybko…
            Z zamyślenia wyrwał ją śmiech przyjaciół. Wydawali się tacy beztroscy, jakby niczym się nie przejmowali. Potrafili się cieszyć nawet mimo strachu. Może oni także się przyzwyczaili? Chyba tak, choć o wojnie żaden z nich nie lubił rozmawiać, bo ten temat uświadamiał im zawsze w jak wielkie niebezpieczeństwo się wplątali.
            – Co się stało, Carla, że jeszcze nic nie wybuchło? – zaśmiał się James.
            Carla rzuciła Jamesowi obrażone spojrzenie, ale nie odezwała się, bo nic sensownego nie przyszło jej do głowy. Zamiast tego prychnęła i szybko odwróciła głowę, żeby ukryć uśmieszek, który cisnął jej się na usta. Nie mogła powiedzieć, żeby uwaga Pottera nie była śmieszna, a tym bardziej słuszna.
            Zostało jeszcze dziesięć minut. Lily, Scarlette, Remus i Terry powrócili znowu do pracy nad swoim eliksirem, ale jako że Carla trochę później od nich skończyła pierwszą część ważenia, teraz musiała trochę dłużej czekać.
            Odwróciła się znowu do Syriusza i Jamesa, którzy szeptem o czymś rozmawiali. Zobaczywszy jednak, że ktoś im się przygląda, zamilkli.
            – Coś się stało, Puszku? – spytał Syriusz głosem niewiniątka.
            Carla już przestała zwracać uwagę na to przezwisko. Black wykorzystywał je bardzo często, dlatego też zdążyła się do niego przyzwyczaić.
            – A nic. Tak przyszłam tylko porozmawiać. Muszę czekać jeszcze dziesięć minut.
            – Nudzi ci się?
            – Trochę…
            – Odwróć uwagę Alana. Ma do ciebie podejść.
            Carla spojrzała na nich spod uniesionej lewej brwi, ale widząc, że ani James, ani Syriusz nie zamierzają jej niczego wytłumaczyć, odwróciła się do swojego stolika. Co by tu zrobić, żeby profesor nie zwracał na nich uwagi? Może wystarczy dużo mówić? Ale jeśli podejdzie do ławki od przodu to spokojnie będzie widział chłopców… To musi być bardziej efektowne.
            – Lily? Możesz pożyczyć mi trochę czułek szczuroszczeta, skarabeuszy, kolców jeżozwierza i rogatych ślimaków ze swoich zapasów? – spytała najzwyklejszym tonem, na jaki było ją stać. Liczyła, że Lily była tak zajęta swoją pracą, że nie zapyta, po co jej te wszystkie składniki.
            – Tak, tak, bierz, co chcesz… – mruknęła pod nosem, licząc, ile razy zamieszała eliksir.
            Carla szybko wzięła wszystko, co było jej potrzebne. Wcale nie przejmowała się, czy wybrała składniki wymienione wcześniej, chodziło jej tylko o to, aby dorzucić coś niewłaściwego do swojego eliksiru. Jeszcze chwilę się wahała, czy na pewno dodać to do swojego wywaru, ale nie widziała innego wyjścia. Ten eliksir był warty kolejnego kawału Syriusza i Jamesa.
     Z kociołka buchnęła para, kiedy Carla wrzuciła do niego wszystkie składniki i porządnie wymieszała. Wywar zmieniał kolory, zaczął wylewać się na stolik, wypalając w nim malutkie dziurki. Wraz z Lily odbiegły od stolika, a jej przyjaciółka zdążyła jeszcze w amoku chwycić fiolkę ze swoim akurat skończonym eliksirem. Carla usłyszała, że James i Syriusz także wstają, ale po chwili zniknęli we wszechobecnym dymie. Zobaczyła brązową czuprynę profesora, który próbował powstrzymać wybuchy eliksiru i krzyczał, aby wszyscy się cofnęli.
      Cicho wycofała się do biurka Rota, bo to właśnie tam spodziewała się ujrzeć przyjaciół. Nie pomyliła się. Uśmiechali się do siebie szatańsko, zamykając szufladę.
       – Co tam daliście?
       – Zobaczysz.
       Pokiwała lekko głową, choć wolałaby znać odpowiedź na pytanie. Od środka zżerała ją ciekawość, ale wiedziała, że jakakolwiek próba oporu na nic się nie zda, bo chłopcy potrafili być nieustępliwi. Nie lubiła się czuć niedoinformowana, zawsze była współorganizatorką wszystkich wybryków huncwotów, więc miała pojęcie o tym, co się stanie.
            Krzyki ustały, widocznie profesorowi udało się ugasić wybuch eliksiru. Blue, Potter i Black szybko ulotnili się z miejsca zbrodni i w ekspresowym tempie znaleźli się u boku Remusa.
            – Byliśmy tutaj cały czas, Luniaczku – szepnął Syriusz z diabelskim uśmiechem na twarzy.
            – Co znowu zrobiliście?
            Nikt nie odpowiedział. Dym zaczął już się przerzedzać, a w pokoju zrobiło się trochę zimniej, widocznie ktoś musiał otworzyć okno. Carla poczuła na sobie wzrok profesora Alana i zastanawiała się, co zrobi. Będzie zły czy zachowa się wyrozumiale? Pomyśli, że Blue jest po prostu antytalentem do eliksirów czy będzie na tyle przenikliwy, że dostrzeże w tym podstęp?
            Ze skruchą spuściła głowę w dół, udając, że czuje się winna i niepocieszona. Taki sposób zachowywania się miała wyćwiczony do perfekcji. Zaraz podniesie głowę, a jej mina wyrażała będzie tylko wstyd za swój wypadek.
            – To było niechcący… – wymamrotała smutno.
            – Powiesz mi, jakim cudem zniszczyłaś tak łatwy do przygotowania eliksir? – spytał szorstko.
            – Ja… – zaczęła, ale przerwał jej James.
            – To się nie zdarza pierwszy raz – zaśmiał się, jakby złośliwe. Carla musiała przyznać, że Potter świetnie grał. – Widzi pan, u nas, w Hogwarcie, wybuchający eliksir Carli to był standard.
            – W takim razie, na następnych zajęciach bardziej uważaj – ostrzegł, uśmiechając się już do niej pocieszająco. Złość szybko mu przeszła, ale Carli wydawało się, że coś za łatwo im poszło. Kiedy jednak spojrzała na beztroskie i zadowolone miny przyjaciół, od razu się uspokoiła.
            – Dobrze – powiedział profesor, drapiąc się po brodzie – możecie już wyjść, myślę, że nie ma sensu kontynuować zajęć.
Jamesowi, Syriuszowi i Carli nie trzeba było tego więcej razy powtarzać. W mgnieniu oka chwycili swoje kociołki pod pachę i choć z sali starali się wyjść powolnym krokiem, ich ciała całe drżały od ekscytacji. Mieli nadzieję tylko, że profesor akurat się na nich nie patrzy i unikną niepotrzebnych podejrzeń.
            Z ulgą odetchnęli dopiero, kiedy zniknęli za drzwiami. James w geście uznania poklepał Carlę po plecach.
– Nie takiego widowiska spodziewaliśmy się zobaczyć, kiedy poprosiliśmy cię o zwykłe odwrócenie uwagi. – Uśmiechnął się.
– Ale lepiej to by chyba nikt tego nie zrobił – pochwalił ją także Syriusz.
            Nie było czasu na przybicie sobie piątek, bo z klasy wywlokła się reszta ich przyjaciół.

~~~~~~~~~~
     
Przez całe popołudnie Carla męczyła Syriusza i Jamesa, aby zdradzili jej, co wsadzili do biurka profesora Alana. Remus zapytał o to tylko raz i zrezygnował, ale ona uparcie chodziła za chłopakami i próbowała się wszystkiego dowiedzieć. W końcu, kiedy James po raz kolejny powtórzył ,,Nie”, Carla zaczęła poważnie zastanawiać się, jak zaszantażować swoich przyjaciół. Przychodziło jej na myśl wiele kompromitujących chwil z życia Syriusza i Jamesa, ale samo opowiedzenie ich znajomym nie miało sensu. Trzeba było wymyślić coś nowego, coś dotkliwego, co mogłaby wykonać teraz.
            – Jaaaaaames! Syriuuuusz! – Podbiegła do nich w podskokach. – Mam do was pewną sprawę!
            James i Syriusz westchnęli i pokręcili głowami ze zrezygnowaniem, zapewne myśląc, że Carla znowu będzie błagała o wyjawienie tajemnicy.
            Usiadła naprzeciwko nich, na fotelu. Przez chwilę z satysfakcją wpatrywała się w ich znudzone twarze, po czym przemówiła spokojnym głosem:
            – Postanowiłam, że wszystko powiem profesorowi Alanowi – zaczęła swoją grę.
            Chłopcy popatrzyli na siebie szczerze zdziwieni, ale po krótkiej chwili wzruszyli ramionami.
            – Nie zrobisz tego. Wydałabyś nie tylko nas, ale i siebie.
            – Ja tam myślę, że wasze przewidywania są błędne. – Uśmiechnęła się z udawaną sympatią, a kiedy chłopcy nie okazali zainteresowania, wstała i skierowała się w stronę wyjścia z pokoju.
            Jak się spodziewała, nie zdążyła nawet dojść do drzwi, bo zatrzymał ją Syriusz. Chwycił jej nadgarstek i pociągnął w stronę stolika, nie pozwalając odejść.
– Profesor i tak skojarzy to z wybuchem mojego eliksiru, dlatego będę podejrzaną numer jeden. Mogę więc spokojnie powiedzieć mu wszystko – kontynuowała, kiedy ponownie usadowiła się w miękkim fotelu.
James uniósł brwi.
– Posądzasz nas o takie zaniedbanie? Uważasz, że my nie pomyśleliśmy o naszej anonimowości? – spytał drwiąco. – Nie skojarzy tego z twoim eliksirem, ponieważ kawał wejdzie w życie w odpowiednim czasie i o odpowiedniej godzinie, a dokładnie za dwa dni. Będzie zbyt późno, aby domyślił się, kiedy to się naprawdę zaczęło.
– I tak mu powiem – odpowiedziała, ale z mniejszą determinacją. To miał być jej as w rękawie, ale niestety nie podziałał.
– Carla, skarbie – odezwał się Syriusz – my cię bardzo dobrze znamy. Oczywiście, że mu nie powiesz. Przecież to byłoby niezgodne z twoim sumieniem.
Rzeczywiście. Nie powiedziałaby profesorowi tego, to było oczywiste. Dlaczego oni ją tak dobrze znali? Czyżby wszystko poszło na marne i nie dowie się w końcu, co chłopcy włożyli do szuflady? Nagle ją olśniło i wszystko stało się takie łatwe i oczywiste.
– Nie, rzeczywiście, ja jemu tego nie powiem. – Chłopcy wymienili triumfalne spojrzenia. – Ale Lily to całkiem co innego.
Nie umknęły jej uwadze miny przyjaciół. Przez jeden krótki moment przez ich twarze przemknęło zaniepokojenie, ale od razu zostało zastąpione wcześniejszym znudzeniem. Była pewna, że tylko udawali. Uśmiechnęła się w duchu. Pod żadnym pozorem nie zadziera się z Charlotte Blue!
– Mam takie niejasne przeczucie, że Lily w najbliższym czasie się o wszystkim dowie – kontynuowała, spoglądając na przyjaciółkę, która razem z Remusem, Scarlette i Terrym siedziała w mini biblioteczce. – Ona chyba nie ma takiego sumienia jak ja i nie zawaha się ani sekundy przed poinformowaniem o wszystkim profesora. Oczywiście, o ile ja nie dowiem się, co schowaliście w szufladzie.
Westchnęli, z niedowierzaniem kręcąc głowami. Czyżby wychowali małego, zdradzieckiego i podstępnego potworka?
– Zacznij. – James machnął ręką w kierunku Syriusza i przeczesał włosy dłonią. – Nie widzę innego wyjścia.
Black poprawił swoją pozycję w fotelu i przywołał na twarz chytry uśmiech. Streścił jej cały plan. Słuchała go z rosnącym zaciekawieniem, cały czas kiwając głową, a na koniec jej usta wykrzywił szatański grymas. Nieźle się ten tydzień zapowiadał.



        

~~~~~~~~~~

Carla szła korytarzem za Jonathanem. Prowadził ją na indywidualne zajęcia, które miały na celu odkrycie jej mocy. To były jej pierwsze w życiu tego typu lekcje, więc denerwowała się jeszcze bardziej niż przed eliksirami.
– Pan Rasun to bardzo dziwny człowiek – mówił Jonathan. – Mówi nieczęsto, prawie w ogóle. Jakiż piękny obraz! Ale wy też wygadani jacyś nie jesteście. Dziwne że go wcześniej tutaj nie widziałem. Tylko słuchacie i milczycie. Ależ się ten korytarz ciągnie. A może by się tak czasem odezwać do staruszka? Chociaż jeśli nie lubicie mówić, to nie mówcie. Idziemy już z dwadzieścia minut! Wystarczy, że słuchacie. Oh, widzę, że jesteś zdenerwowana. Nie ma czym, pan Rasun w gruncie rzeczy jest bardzo miły, chociaż może wydawać się oziębły.
Na szczęście doszli do gabinetu pana Rasuna, bo Carla nie miała ochoty słuchać dalszej paplaniny staruszka. W głowie zaczęło jej pulsować od nadmiaru emocji, a słowa Jonathana wyrzucane z prędkością błyskawicy, wcale nie pomagały w złagodzeniu bólu.
Pożegnała się z Jonathanem, zapukała i weszła do gabinetu.
Początkowo Carli wydawało się, że profesor Rasun jest bardzo podobny do Dumbledore’a. Oboje mieli długie, białe brody, niebieskie oczy, byli chudzi i wysocy. Dopiero kiedy podeszła bliżej, zdała sobie sprawę, jak bardzo się od siebie różnią. Oblicze Rasuna było surowe i oziębłe, w przeciwieństwie do Dumbledore’a, który wokół siebie roztaczał pogodną i wesołą atmosferę.
– Usiądź – rozkazał.
Posłuchała. Spięta usadowiła się na końcu krzesła w taki sposób, aby była przygotowana na ewentualną ucieczkę. Ucieczkę? Co ona wyprawia? Przecież ze strony profesora nic jej nie grozi. Sama nie wiedziała, dlaczego Rasun tak dziwnie na nią oddziaływał.
– Imię – powiedział zimno.
– Charlotte Blue.
– Moce?
Zawahała się.
– Moce? – warknął.
Jak w wojsku, pomyślała.
– Jeszcze nie wiem jakie.
Bała się go. Jak mogła go pomylić z Dumbledorem? I dlaczego, na Merlina, Jonathan uważał, że Rasun nie jest taki zły? Ten facet jest przecież personifikacją wszystkich lęków!
Przede wszystkim nie może okazać strachu. Czytała kiedyś, że jeśli zwierzęta go wyczuwają, to robią się bardziej agresywne, a była pewna, że profesorowi pozostały jakieś pradawne instynkty.
Usiadła głębiej na krześle, wyprostowała się, próbowała się rozluźnić, ale nic nie mogła poradzić na to, że w jej głowie kłębiło się tysiące planów na ewentualną ucieczkę.
Wstał od biurka. Podszedł do niej, a kiedy nad nią stanął, Carli wydawało się, że jest wielki jak góra, co wcale nie zmniejszyło jej strachu. Wypełniał sobą całe pomieszczenie, sprawiając, że atmosfera stała się jeszcze bardziej przytłaczająca.
Z tego wszystkiego zapomniała nawet o bólu głowy, który jeszcze przed wejściem do gabinetu bardzo jej dokuczał.
– Czego się najbardziej boisz? – spytał, krążąc wokół jej krzesła.
Nie wiedziała po co to pytanie i wcale nie chciała na nie odpowiadać. Nie miała ochoty opowiadać obcemu, przerażającemu mężczyźnie o swoich największych lękach. To była jej sprawa prywatna.
Nie odpowiedziała.
– Chcesz poznać swoje moce? – wysyczał zniecierpliwiony. – Chcesz na coś się przydać podczas tej wojny? Chcesz pomóc swoim przyjaciołom? To odpowiadaj na moje pytania!
Przełknęła ślinę. Może jednak warto mu powiedzieć? Może to rzeczywiście przybliży ją do poznania mocy? A co jeśli wstrzyma się od odpowiedzi i przez to nie będzie potrafiła w przyszłości uratować najbliższych jej osób?
– Boję się… – zamyśliła się na chwilę. – Boję się, że nie znajdę swoich rodziców. Boję się, że podczas wojny stracę przyjaciół. Że zginą, pomagając mi, że nie będę potrafiła ich uratować. Boję się, że nie podołam wyzwaniu.
Zamilkła. Nie będzie więcej mówić. Naglę poczuła ogromną falę nienawiści do tego człowieka. Zmanipulował ją, wspominając o przyjaciołach. Dobrze wiedział, że to podziała i zmusi ją do odpowiedzi.
A najgorsze było to, że to prawda,  że miał rację, że jeśli nie będzie chciała z nim współpracować lub raczej go słuchać, to jej największe lęki mogą się ziścić. Dlatego też zacisnęła tylko zęby i opanowała swoją złość, czekając na następne pytanie.
Rasun przyglądał jej się z ciekawością. Widziała, że chciał zobaczyć, co zrobi, jak się zachowa. Czuła się, jakby była poddawana jakiejś próbie. Nie wiedział tylko po co, ale była pewna, że chce z niej wyjść zwycięsko.
Uśmiechnęła się uprzejmie do profesora. Chciał ją wyprowadzić z równowagi? Niech zobaczy, że mu się nie udało. Niech widzi, że nie jest takim słabym przeciwnikiem.
     Twarz Rasuna nic nie zdradzała. Chodził dookoła Carli i o nic nie pytał. Czekał aż ona coś powie? Aż w końcu wyrzuci z siebie całą złość i strach? Przypominał Carli lwa okrążającego swoją ofiarę. Jakby czekał aż się rozproszy i będzie mógł ten moment wykorzystać, jakby szukał jej słabego punktu.
Okrążał Carlę jeszcze pięć minut, ale ona się nie złamała. Rasun dobrze wiedział, że jest przerażający, więc starał się to wykorzystać. W końcu usiadł przy biurku i założył ręce. Wbił nieustępliwy wzrok w twarz Carli, po którym po plecach dziewczyny przeszedł zimny dreszcz.
Po co on to robi? Dlaczego się nie odzywa? Co ma wywołać to milczenie? Nie znała odpowiedzi na te pytania, wiedziała tylko, że rosły w niej gniew, irytacja, a przede wszystkim przerażenie.
Na szczęście drzwi gabinetu otworzyły się, tym samym przerywając tę niecodzienną sytuację. Stanął w nich pan Antoni z Jonathanem. Ich sylwetki były spięte, a miny przerażone.
– Blue, wychodzisz. Jonathan cię odprowadzi.
Pośpiesznie zebrała swoje rzeczy i przekroczyła próg. Zanim drzwi się za nią zamknęły, zdążyła usłyszeć głos pana Antoniego:
– Zaatakowali.


~~~~~~~~~~

Chyba należą wam się przeprosiny… Ile mnie nie było? Sześć tygodni? Długo czekaliście, ale rozdział się pojawił.
Ciężko mi się go pisało i chyba nie jest najlepszy, ale cóż mogę zrobić? Możesz wziąć się, Bianka, do roboty i znaleźć czas, żeby go poprawić, a niektóre momenty napisać od początku… Jak pewnie się domyślacie, zignorowałam ten głosik w mojej głowie. Mam nadzieję, że mi wybaczycie! Musicie wiedzieć, że czeka na mnie Pan Tadeusz i to on odciągnął mnie od pisania… Podziękujcie mu :)
Piszcie oczywiście, co sądzicie :) O eliksirach, o Rasunie i końcówce :)
Pozdrowionka,
Bianka, która ma nadzieję, że z kolejnym rozdziałem uwinie się szybciej


Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic