piątek, 11 września 2015

Rozdział II



      Ostatni rozdział o pierwszorocznych! Jak zawsze proszę o komentarze!!! Nie proszę - błagam!
Buziaki! :**

~~~~~~~~~~~~~

      Charlotte chwyciła rękę Jamesa Pottera, wyciągniętą do pomocy i wstała. Spojrzała na zdziwionych chłopców,  jakby byli zjawami. Czy to sen? Co ona tu robi? Przecież osoby, które przed nią stoją, są bohaterami książki, którą przed chwilą czytała! No właśnie! Oni nie mogą tu stać, wpatrywać się w nią z niedowierzaniem i kręcić głowami, bo istnieją tylko w książce. Ale jednak przed chwilą jeden z nich podał jej rękę. Czyli to musi być prawda. Uszczypnęła się w ramię, sprawdzając czy na pewno nie śni. Poczuła ból, co było najlepszą oznaką tego, że to jednak była jawa.
      Naraz przypomniała sobie ostatnie słowa rozdziału ,,W tym momencie Tobias uśmiechnął się pod nosem”.
      – Gdzie jest twój tata James?! – wykrzyknęła. Chłopaka nie zdziwiło nawet, że znała jego imię, chociaż nie widział jej nigdy w życiu. Powoli pokazał kciukiem na korytarz za sobą, dalej wpatrując się w nią szeroko otwartymi oczami.
      Carla puściła się pędem w tamtą stronę. Musiała zdążyć. Tylko Tobias mógł wiedzieć co tu się dzieje. Dopadła do drzwi.
      – Panie Potter! – Pociąg powoli ruszył. – Panie Tobiasie! – wołała.      Gdzie on jest? Zaraz pociąg odjedzie i nie dowie się niczego o całej tej paradoksalnej sytuacji. I w tym momencie go zobaczyła. Wpatrywał się w nią intensywnie, więc podchwyciła jego spojrzenie.
      – Zobaczymy się na Boże Narodzenie! – krzyknął i wraz z żoną zniknął w tłumie machających dzieciom rodziców.

~~~~~~~~~~

      Charlotte wróciła do kolegów, czekających na nią w korytarzu.
      – Mogę usiąść z wami w przedziale? – spytała.
      – Oh, zastanówmy się… – Uśmiechnął się nonszalancko Syriusz, który już zdążył oprzytomnieć. Carli ten uśmiech wydawał się naprawdę bardzo ładny i czarujący. – Nasza sytuacja wygląda następująco. Idziemy sobie spokojnie korytarzem i nagle trzęsie nam się ziemia pod stopami. Robi się ciemno, a z mroku i mgły, z wielkim hukiem wyskakujesz ty ze swoim bagażami. - Na chwilę przerwał swoją wypowiedź dla zwiększenia efektu – Oh, pewnie, że możesz! Co to w ogóle za pytanie? Jak ty to zrobiłaś dziewczyno?! Na takie niesamowite wejście to nawet my byśmy nie wpadli! Chodź!
      Chłopcy chwycili bagaże dziewczyny i weszli do przedziału. Syriusz postękując, włożył kufer na półkę. Naprawdę był zdziwiony jakim cudem można ze sobą zabrać tyle rzeczy. Przecież kilka koszulek, dwie pary spodni, trzy bluzy i bielizna nie mogą tyle ważyć!
      – Co ty tam masz, kobieto?
      – Szczerze? Nie wiem.
      Młody Black tylko westchnął i ciężko opadł na fotel. Obok niego usiadł James, a Charlotte usadowiła się na przeciwko chłopców. Spojrzała na swoje bagaże. Ktoś lub coś zadbało, żeby wyposażyć ją we wszystkie potrzebne rzeczy do szkoły. Ze swojej torby podręcznej, wyciągnęła sakiewkę z pieniędzmi. Znalazła tam też szaty i różdżkę. O ile się nie myliła była to jodła, rdzeń pióra feniksa, dwanaście i pół cala, giętka – identyczną wybrał jej portal pottermore.com w jej świecie.
      – Jak się nazywasz? – spytał James.
      – A, no tak, nie przedstawiłam się. Jestem Charlotte Blue, ale mówcie mi Carla. To zdrobnienie.
      – Nas to już chyba znasz, prawda?
      – Aha – odpowiedziała niepewnie. Nadal nie wiedziała, czy może zaufać chłopcom. Niby byli w jej książce, ale to jeszcze o niczym nie świadczy… Właśnie! A gdzie ona jest? Gdzie ją zostawiła? Obejrzała się dookoła, ale nie było jej nigdzie widać. Znalazła ją dopiero po dłuższej chwili, w kieszeni płaszcza. Odetchnęła. Otworzyła magiczny przedmiot na stronie, na której skończyła czytać. ,,Rozdział II” - głosił wielki napis. Przewróciła kartkę i zaczęła czytać. Opisane były dokładnie zdarzenia sprzed piętnastu minut. Dotarła do końca strony, ta jednak zapisana była tylko w połowie. Przeczytała ostatnie zdanie – ,,Potrząsnęła głową z niedowierzaniem i opowiedziała chłopcom całą historię”.
      Dopiero teraz Carla zdała sobie sprawę, że od dobrych pięciu minut nie odezwała się ani słowem do swoich nowych kolegów. Spojrzała na nich. Śmiali się do rozpuku, tarzając się po fotelach. Ich włosy były potargane, jakby dopiero wyszli z łóżek.
      – Ekhm, ekhm! – odchrząknęła, żeby chłopcy zwrócili na nią uwagę, a kiedy dźwięki nie odniosły pożądanego skutku, zawołała – Słuchajcie mnie!
      Chłopcy spojrzeli na jej zdenerwowane oblicze i znów wybuchli śmiechem.
      – Widzę, że powróciłaś do żywych – powiedział między kolejnymi napadami śmiechu Syriusz.
      – No, przepraszam! Chyba was nie słuchałam - odparła już trochę znudzona i zirytowana zaistniałą sytuacją. Ale ona już tak ma często się wyłącza ze świata żywych. Czasami sprawiało jej to problemy, choćby w szkole na lekcjach, ale niekiedy było bardzo pomocne. Dzięki tej umiejętności mogła zignorować otoczenie i szarą rzeczywistość, a myślami przebywać we wspaniałych miejscach. To sprawiało, że nudne i dotychczas niezbyt udane życie Charlotte nabierało trochę więcej barw.
      – Ależ oczywiście, że nas nie słuchałaś. Wygadywaliśmy brednie o tym, że rok temu zostaliśmy nielegalnymi animagami – wydyszał James, kiedy już się troszkę uspokoił.
      – Doprawdy? – Carla uniosła brwi. Oczywiście wiedziała, że chłopcy naprawdę nimi zostaną. – W każdym razie muszę wam coś opowiedzieć. Pewnie mi nie uwierzycie, ale jesteście jedynymi osobami w tym świecie, które znam.
      Dziewczyna z przejęciem wytłumaczyła chłopcom, co się stało. Ci tylko popatrzyli na nią z rozbawieniem i ponownie wybuchli śmiechem.
      – Ale ty masz bujną wyobraźnię! – rechotali.
      – Tak myślałam…. – westchnęła.
      Syriusz spojrzał na szczerze zmartwioną twarz Carli i od razu zamilkł. Od razu zrozumiał, że to wszystko jest prawdą. Lekko szturchnął Jamesa, a kiedy ten dalej się śmiał, uderzył go mocniej.
      – Auć! – jęknął – To bolało!
      – Bo miało boleć – uświadomił kolegę i zwrócił się do Carli - Poważnie?
      Dziewczyna tylko pokiwała głową i podała chłopcom książkę. Ci ze zdumieniem przewracali kolejne strony.
      – Patrz Syriusz! Jeszcze nic nie zrobiliśmy, a już o nas książkę piszą! – zaśmiał się James.
      – W moim świecie jesteście sławni. Przygody twojego syna… – zwróciła się do Jamesa, lecz szybko przerwała, żeby nie powiedzieć za dużo.
      – Mojego syna? – spytał z zaciekawieniem James. – Co jeszcze o nas wiesz?
      – Nie za dużo.... – powiedziała ostrożnie.
      – A co dokładnie? – ciągnął Syriusz.
      Od niewygodnego pytania Carlę wyswobodził dźwięk otwieranych drzwi. Wystawały z nich dwie identyczne, roześmiane twarze bliźniaczek. Dziewczyny miały rozczochrane jasne włosy i brązowe oczy.
      – Cześć! Możemy tu usiąść? – zachichotały patrząc na Jamesa i Syriusza i nie czekając na odpowiedź weszły do przedziału.
      – Pewnie, wchodźcie! – Black podniósł się, żeby pomóc im wnieść kufry.
      Zapanowała chwila zamieszania, więc Carla ukryła swoją książkę w kieszeni płaszcza. Kiedy wszyscy usadowili się na miejscach i powrócił spokój, dziewczyny odezwały się.
      – Jestem Cassie.
      – A ja Kaylie.
      – James.
      – Syriusz.
      – Carla.
      – Do jakiego domu traficie?
      – Na pewno Gryffindor! – wykrzyknął z przekonaniem James, dumnie wypinając pierś do przodu.
      Carla zwróciła uwagę, że na to pytanie Syriusz zwiesił głowę, i jakby sposępniał.
      – Co jest? – spytała.
      – Wszyscy z mojej rodziny byli w Slytherinie. A ja chce iść do Gryffindoru! – poskarżył się.
      – Spokojnie, jestem pewna, że tiara cię tam przydzieli. – Puściła do Blacka oczko, na co chłopak od razu się rozweselił.
      – A ty gdzie trafisz?
      – Chciałabym tam gdzie wy. Ale znasz mój problem...
      – Jaki problem? – zapytała od razu ciekawska Cassie.
      – Nieważne. Może kiedyś wam powiem...
      – Dobra, nie chcesz to nie mów – Cassie była troszkę naburmuszona, ale Charlotte zbytnio się tym nie przejęła.
      Drzwi przedziału znowu otworzyły się i pojawił się w nich niewysoki chłopak. Jego rozczochrane brązowe włosy spadały mu na podkrążone, miodowe oczy. Na wychudzonej twarzy miał pełno blizn.
      – Cześć, wolne?
      – Tak, siadaj, ale robisz to na własną odpowiedzialność. – Wyszczerzył się James, wskazując miejsce koło siebie.
      – Jestem Remus – powiedział chłopak, kiedy już wsadził swój kufer na półkę i usiadł obok Pottera.
      Wszyscy po kolei się przedstawili.
      – Na czym my to skończyliśmy? – zastanowiła się Keylie – Aha, na domach! Ja też chciałabym być Gryfonką, ale Puchoni też nie są źli - stwierdziła.
      – Ja natomiast nie pogardziłabym Ravenclawem – odezwała się Cassie. – A ty Remus? – zagadała do nowo przybyłego chłopaka.
      – Ja.. Nie mam pojęcia, gdzie trafię. Wszystko mi jedno. Cieszę się, że w ogóle tutaj jestem - powiedział nieśmiało i nie kwapił się do dalszych wyjaśnień.
      Carla zapatrzyła się na krajobraz, przesuwający się za oknem. Zielone wzgórza, srebrzyste jeziora i stare lasy wprawiały ją w wielki zachwyt. Pomimo tego nie była w najlepszym humorze. Nie była smutna, ani zła, po prostu zdezorientowana. Zżerało ją poczucie bezsilności. Nie wiedziała co tutaj robi. Niby zawsze chciała trafić do tego magicznego świata, jako mugolka zostać czarownicą, poznać tych wspaniałych ludzi, ale nie w takiej sytuacji! Śmierć dziadka, niezapisana książka, nierozwiązane tajemnice... To  wszystko przyprawiało ją o mdłości. Popatrzyła na nowych przyjaciół. Roześmiane dziewczyny żartowały z Syriuszem i Jamesem. Remus, ten tajemniczy chłopak, wydawał się posępny. Podchwyciła jego spojrzenie i uśmiechnęła się pocieszająco do niego. Zwróciła uwagę na jego błękitne blizny. Domyśliła się, że były spowodowane atakiem wilkołaka. Nagle poczuła lekkie ukłucie na żebrach.
      – Ej, Carla. Mówię do ciebie! – usłyszała głos Jamesa.
      – Hmmm, co?
      – Słodycze przyszły! Chcesz coś kupić?
      Dopiero teraz Carla zauważyła siwą staruszkę, stojącą w drzwiach przedziału. Uśmiechała się do nich, zupełnie jak babcia Carli.
– Chcesz coś kupić, dziecinko?
      – Aha, tak, tak. Trzy czekoladowe żaby i pudełko fasolek wszystkich smaków.
      Kiedy staruszka wyszła, przedział wyglądał jak sklep ze słodyczami. Wszyscy oprócz Carli kupili przynajmniej po dziesięć różnych rodzajów słodkości. Różnokolorowe papierki walały się po całym pomieszczeniu. Dziewczyna ten syf skomentowała tylko swoim ulubionym mugolskim powiedzonkiem
      – Hej, James? Nie uważasz, że troszkę za spokojna jest ta podróż? – powiedział z chytrym uśmiechem na twarzy Syriusz.
      – Hmmm, tak właśnie sobie myślę, że troszkę rozrywki byłoby wskazane. Masz jakiś pomysł?
      – A masz jeszcze to kieszonkowe bagno?
      James uśmiechnął się łobuzersko.
      – Ależ oczywiście.
      – Chłopcy, nie naróbcie kłopotów – wtrąciła Kaylie.
      – Spokojnie. Nikt nas nie złapie.
      I wybiegli z przedziału.

~~~~~~~~~~

      – Trzeba znaleźć przedział ze Snapem.
      – Kto to?
      – Taki chłopak, którego nie lubię.
      Już mieli pobiec w głąb korytarza, kiedy usłyszeli głos Carli.
      – Stójcie! Idę z wami!
      Chłopcy popatrzyli na siebie ze zdziwieniem. Tego się po niej nie spodziewali. Wzruszyli ramionami.
      – No to co tak sterczysz, zamiast się pośpieszyć – wyszczerzył się James. Carla przewróciła oczami i pobiegła za chłopcami.
      Mijali kolejne przedziały z wesołymi uczniami. Dobiegli do tego, którego szukali. Stanęli trochę przed nim, kryjąc się za ścianą. Siedziało w nim czterech chłopców i dwie dziewczyny. Najbliżej drzwi siedział chłopak o długich, prostych, blond włosach. Rozmawiał o czymś żywo z niemiło wyglądającą dziewczyną. Oboje uśmiechali się zimno. Za nimi, cicho siedział jedenastolatek o długich, tłustych, czarnych włosach, haczykowatym nosie i porowatej cerze.
      – To on – szepnął James.
      Uchylili lekko drzwi, nie wydając przy tym żadnego dźwięku. Na szczęście nikt ich nie zauważył. Do przedziału wrzucili małe pomarańczowe pudełeczko i podpalili je zaklęciem Incendio, którego James się nie dawno nauczył. Spojrzenia wszystkich pasażerów przedziału pobiegły w stronę kieszonkowego bagna, a kiedy obrócili się do sprawców psikusa, ich już nie było. Zniknęli w przedziale obok, rechocząc ze śmiechu.
      – Nas tu nie ma – szepnął James do dziewczyn z przedziału, do którego akurat weszli. One  tylko pokiwały głowami i ze zdumieniem i podziwem zapatrzyły się w trzech przybyszów. Chłopcy i Carla w ciszy odczekali parę minut i wyszli z przedziału. Gorszego momentu nie mogli sobie wybrać, bo stanęli oko w oko z długowłosym blondynem, Snapem i jeszcze jednym chłopakiem z ich przedziału. Chłopcy nie prezentowali się dobrze. Ich twarze były umorusane brązowo-zieloną mazią, a we włosach mieli wodne rośliny.
      – Co tu się stało? – spytał  Syriusz i nieszczerze uśmiechnął się do nich. Kieszonkowe bagno wybuchło i zalało cały przedział nieszczęśliwców. Teraz wylewało się strumieniami na korytarz
      – Chyba ciebie powinienem się o to zapytać – warknął Snape do Pottera.
      – Oh, jakże się cieszę, że znowu się spotykamy, Smarku. – Udał miłego James, wychylając się zza pleców Syriusza. – Widzę, że znalazłeś sobie nowych kolegów. To naprawdę dla mnie wielkie szczęście, widzieć cię w tak dobrym humorze!
      – A ja widzę, że zaprzyjaźniłeś się ze szlamą. Jak nazywa się twoja nowa koleżanka, Potter?
      – Zamknij się, Malfoy – powiedziała spokojnie Carla, która domyśliła się kim jest ten blondyn i chwyciła Jamesa i Syriusza za ramiona, którzy już wyciągali różdżki, żeby zaatakować bezczelnego chłopaka. - Jak wy się zachowujecie? Nie uczyli was w domu, że nie bije się słabszych? - udała, że karci chłopców.
      Pewnie i tak sytuacja skończyła by się walką, gdyby nie prefekt, który wkroczył między nich z wrzaskiem.
      – Co tu się dzieje?! Kto to zrobił?! Jakim cudem?! Co wy sobie myślicie małolaty?! – krzyczał na zaskoczonych przyszłych ślizgonów. – Kiedy dojedziemy do szkoły od razu dostaniecie szlaban od opiekunów waszych domów, a ja o to osobiście zadbam!
      Kiedy prefekt wydzierał się wniebogłosy, James, Syriusz i Carla niepostrzeżenie ulotnili się z miejsca wypadku.    

~~~~~~~~~~~~
 
      Wpadli do swojego przedziału, zataczając się od śmiechu i opowiedzieli wszystko Remusowi, Cassie i Kaylie. Teraz wszyscy rechotali i tarzali się po kanapach.
      – I te ich miny! A brudne ubrania! I jeszcze szlaban! – co chwilę ktoś wykrzykiwał.
      Po około dziesięciu minutach wszyscy się w miarę uspokoili i nie wybuchali niekontrolowanym śmiechem. Tylko Cassie co chwilę chichotała pod nosem. Nawet Remus się rozweselił i nie zachowywał się tak niepewnie.
      – Nie powinniśmy się przebrać w szaty? Coś już długo jedziemy – stwierdziła trzeźwo myśląca Kaylie.
      – Rzeczywiście – przytaknęła reszta.
      Dziewczyny wyszły do łazienki się przebrać, a chłopcy zostali w przedziale i tutaj zmienili swoje zwykłe ubrania na szkolne szaty.
   
~~~~~~~~~~~~~~


      Okazało się, że Kaylie miała rację i już zbliżali się do celu. Po niecałych dziesięciu minutach dojechali na stację w Hogsmead. Z pociągu wysypały się hordy uczniów w różnym wieku, przepychających się, wrzeszczących, szepczących i śmiejących się. W skrócie robiących niesamowity hałas i gwar.
– Pirszoroczni! Pirszoroczni! Tutaj! Pirszoroczni do mnie! – słychać było donośny głos Hagrida - gajowego i klucznika Hogwartu. Młody, przerośnięty mężczyzna uśmiechał się szeroko, jednak nie było tego widać w bujnej brodzie.
      Pierwszoroczni niepewnie przepchnęli się przez tłum do tak ogromnej i strasznie wyglądającej postaci. Hagrid poprowadził ich nad jezioro do małych łódek. Do pierwszej weszła Carla, James, Syriusz i Remus.
Teraz z jeziora mogli podziwiać swoją szkołę, w której mieli mieszkać przez następne dwa miesiące. Zamek tonął w ciemności, przez co wyglądał jeszcze bardziej tajemniczo niż w dzień. Grube, kamienne mury, wysokie wieże, długie schody robiły naprawdę wielkie wrażenie na wszystkich pierwszorocznych. Sunęli powoli, po jeziorze w stronę zamku. Otaczała ich głęboka cisza, przerywana jedynie cichym szumem wody, lekko wzburzonej przez łódki.
      – Wow - szepnął James.
      – Wow to mało powiedziane – poprawił go Syriusz, a Carla z otwartą buzią nawet nie oderwała wzroku od tego cudownego widoku.      

~~~~~~~~~~~~

      Mijali kamienne korytarze Hogwartu. Co chwilę któryś obraz pozdrawiał profesor McGonagall, na co pierwszoroczni podskakiwali, wzdychali lub cicho piszczeli. Dotarli do ogromnych, rzeźbionych drzwi Wielkiej Sali. Profesor McGonagall pchnęła je i weszła do sali, a za nią stado przerażonych uczniów. Przemaszerowali między stołami i stanęli na samym końcu sali.
      Carla rozejrzała się. Większość Wielkiej Sali zajmowały cztery długie ławy. Nad każdym stołem wisiały ozdoby, w kolorze każdego domu. Od lewej - szkarłatne Gryffindoru, niebieskie Ravenclawu, żółte Hufflepuffu i srebrne Slytherinu. Spojrzała w górę. Było tam nocne bezgwiezdne niebo. Zaczarowany sufit wyglądał tak jak go opisała Rowling - po prostu niesamowicie.
      – Teraz będę was po kolei wywoływać, a wy będziecie siadać na tym stołku i wkładać tiarę na głowę. Następnie przemaszerujecie do stołu tego domu, do którego was przydzieli. Rozpocznijmy Ceremonię Przydziału!
      Carla dopiero teraz mogła zobaczyć tiarę, gdyż bardzo wysoki chłopak już nie zasłaniał jej widoku. Był to stary, poniszczony kapelusz, który na pierwszy rzut oka, nie różnił się niczym od innych nakryć głowy. Jednak kiedy długi szew się rozchylił, a tiara zaczęła śpiewać, wszyscy stwierdzili, że jest ona jednak magiczna i niesamowita.

   Może i jestem stara.
   Może i szwów mam pełno.
   Może podarta i pokiereszowana,
   Jak łachman wyglądam,
   Ale musicie się z tym pogodzić,
   I na głowę mnie wkładać,
   Żeby dowiedzieć się,
   Do jakiego domu traficie.
   Czy to będzie Gryffindor,
   Gdzie ceni się męstwo i odwagę,
   Prawość i uczciwość?
   Czy Ravenclaw,
   Gdzie żądni wiedzy trafiają,
   I bystrość się tam bardzo liczy?
   Czy Hufflepuff,
   Gdzie lojalność i pracowitość,
   Są najważniejsze?
   Czy może Slytherin,
   Gdzie cnotami pożądanymi,
   Są spryt i ambitność?
   Do jakiego domu traficie?
   Ja to wam powiem!
   Nigdy się nie mylę,
   Mądra jestem niesłychanie,
   Więc śmiało, śmiało,
   na głowy mnie wkładajcie!

      – Abbott, Helena! – rozległ się głos profesor McGonagall, kiedy tiara skończyła śpiewać swoją pieśń.
      Z grupki uczniów wystąpiła niska, pulchna dziewczynka o długich brązowych włosach i dużych oczach. Kiedy siadała na stołek, zachwiała się lekko i prawie upadła. Włożyła tiarę na głowę.
      – Hufflepuff! – rozległ się po krótkiej chwili ochrypły głos tiary.
Helena chwiejnym krokiem, uśmiechnięta skierowała się w stronę stołu Puchonów.
      Następnie profesor McGonagal wywołała chłopca o nazwisku Avery, który trafił do Slytherinu.
      – Black, Syriusz!
      Syriusz pewnym krokiem podszedł do tiary i założył ją sobie na głowę.
      – Gryffindor!
      Rozległy się wiwaty Gryfonów.
      – Blue, Charlotte!
      Carli serce zabiło nienaturalnie szybko. Przepchnęła się przez grupę uczniów i ruszyła ku tiarze. Ostatnią rzeczą, jaką zobaczyła przed osunięciem się jej na oczy, była uśmiechnięta twarz Jamesa.
      – Hmmm, może Hufflepuff, a może Gryffindor... Coż cieżki wybór, a ty co o tym myślisz? – w głowie Carli pojawił się głos tiary.
      – Ja chciałabym Gryffindor, ale nie wiem, czy się nadaję... Ja chyba nie jestem zbyt odważna... – wyszeptała prawie bezgłośnie.
      – Ty? Jesteś bardzo odważna... Tylko mało wiary w siebie jest twoim problemem... A to uda się skorygować w ... Dobrze. Już wiem.
      – Gryffindor!
      Przy stole Gryfonów rozległy się oklaski i wiwaty. Carla nie zwracała uwagi na świat, który ją otaczał, tylko z wielkim uśmiechem na twarzy przeszła do ławy Gryffindoru. Usiadła na przeciwko Syriusza i obok dużo starszego, rudego chłopaka.
       – Brawo! Jestem Artemis, prefekt Gryffindoru! – pogratulował jej.
      Carla popatrzyła na Blacka.
      – Wiedziałaś?
      – Nie! Nie miałam pojęcia, gdzie tiara mnie przydzieli!
      Syriusz pokazał palcem na tiarę. Carla obróciła się w tamtą stronę, żeby zobaczyć tego szatyna, kolegę Snapa i Malfoya, idącego w stronę stołu Ślizgonów.
      – Jak on się nazywa?
      – Crabbe.
      – Warto zapamiętać – uśmiechnęła się złowieszczo.
      Teraz ku tiarze szła Cassie Collins. Niepewnie stawiała kroki. Po drodze zdążyła się potknąć i zachwiać.
      – Gryffindor! – wykrzyknęła tiara przydziału.
      Później zostali wywołani Keylie Collins z Gryffindoru, Aaron Dolen ze Slytherinu i Natalie Dobe z Hufflepuffu.
      – Evans, Lily!
      Rudowłosa dziewczyna niepewnie podążyła ku tiarze. Ona także została przedzielona do Gryffindoru.
      Później do tiary podchodzili Clara Garlitec ze Slytherinu, Eva Foley z Ravenclawu, Emily Gray  z Hufflepuffu, Remus Lupin z Gryffindoru, Luciusz Malfoy ze Slytherinu i wielu innych.
      Carla przypatrywała się ceremonii. Była już głodna, więc ze zniecierpliwieniem czekała aż się skończy. Przy stoliku siedziało już sześciu pierwszorocznych. Po chwili dosiadł się do nich jakiś pulchny chłopczyk Peter. Zaraz po nim obok Carli usiadł James.
      – Zadowolona? – spytał
      – Że muszę być z tobą w jednym domu? Nie! – pokazała koledze język i zaśmiała się.
      – Nie? Jesteś tego pewna? – udał, że obraża się James.
      – Całkowicie.
      – W takim razie popatrz na mnie i powiedz mi to prosto w oczy.
      Carla spojrzała na przystojną twarz Jamesa.
      – Żałuję, że tu trafiłam – powiedziała siląc się na spokój, jednak po chwili wybuchnęła śmiechem, widząc jak patrzy się na nią z udawanym politowaniem.
      – Niestety, ale muszę ci uświadomić, że będziesz musiała ze mną wytrzymywać codziennie przez następne kilka lat. – Uśmiechnął się.
      Ich rozmowę przerwał dyrektor Hogwartu profesor Dumbledore.
      – Mam wam trochę do powiedzenia, ale widzę, że nie chce się wam mnie teraz słuchać, więc poinformuję was o tym po uczcie! Wcinajcie!
      Dotychczas puste ławy, teraz zapełniły się wyszukanymi potrawami. Na widok tych wszystkich dań Carli z ust ślinka pociekła. Dosłownie rzuciła się na soczystą, pieczoną jagnięcinę.
      – Chyba byłaś bardzo głodna – zaśmiał się Syriusz, widząc zachowanie swojej koleżanki.
      Ta nie odpowiedziała tylko wyprostowała się, dostojnie uniosła głowę i wytarła usta chusteczką.
      – Czy raczyłby mi pan podać ten wyśmienity sok dyniowy, panie Black? – spytała, siląc się na powagę.
      – Teraz to przesadziłaś w drugą stronę – wybuchnął śmiechem Syriusz, a zaraz po nim James, przysłuchujący się tej wymianie zdań.
      Uczta powitalna minęła bardzo prędko, ale tak to już jest, że na przyjemnościach czas płynie szybciej. Na koniec głos zabrał profesor Dumbledore.
      – Mam wam do powiedzenia kilka słów na koniec tego dnia. Po pierwsze pod żadnym pozorem nie można wchodzić do Zakazanego Lasu. – Po tych słowach Potter i Black wymienili szybko znaczące spojrzenia. – Woźny Filch prosił mnie, żebym poinformował was o zakazie korzystania z łajnobomb i innych przedmiotów zabronionych, których listę możecie znaleźć w jego gabinecie. – Chłopcy unieśli wysoko brwi. – Tylko tyle mam wam do powiedzenia. Pierwszoroczni skierują się z prefektami do swoich pokoi wspólnych i dormitoriów.

niedziela, 6 września 2015

Rozdział I

       Zbetowała Nique Em.

        Sierp księżyca już od dawna widniał na czarnym niebie i oświetlał dachy kamienic i ulice Londynu. Póki co widać było błyszczące gwiazdy, ale z daleka nadpływały chmury, żeby pogrążyć miasto w jeszcze większym mroku. Panowała cisza, nie można było usłyszeć żadnego szurania butów, żadnych głosów, krzyków pokłóconych małżeństw, żadnego skrzypienia otwieranych drzwi, żadnego miauczenia bezdomnego kota. Mogło się wydawać, że na ulicy Pokątnej, która zawsze tętniła życiem, nie znalazłoby się żywej duszy, lecz w ciemnym zaułku siedział jedenastoletni chłopak. Nie ruszał się. Wpatrywał się przed siebie nieobecnym wzrokiem.
        Nazywał się Syriusz Black. Pochodził z arystokratycznego rodu, który szczycił się tym, że od wielu lat nie został splamiony brudną krwią. Rodzice chłopaka wymagali od niego nienawiści do mugoli i pogardy wobec zdrajców krwi. Ale on się od nich różnił. W przeciwieństwie do swojej rodziny nie zwracał uwagi na pochodzenie innych czarodziejów. Nie kochał swoich rodziców, nie chciał znać swojego brata, nie tolerował ich poglądów, nie podobało mu się jak traktują innych czarodziejów, jak się wywyższają ze względu na czystość krwi. 
        Jutro miał pojechać do Szkoły Magii i Czarodziejstwa Hogwart. Chciał należeć do Gryffindoru. I to właśnie spowodowało kłótnię. Rodzice nie mogli uwierzyć, kiedy im to oznajmił. Tak wyszło, że wybiegł z domu i  znalazł się aż tutaj, w ciemnej uliczce, w środku nocy, sam ze swoimi myślami.
       Prawie sam. Bo oto z wielkim trzaskiem, w widowiskowy sposób wylądował przed nim jakiś chłopak. Mógł być w wieku Syriusza. Black nie widział go zbyt dobrze, bo wokół panowała nieprzenikniona ciemność. Dostrzegał tylko ciemnobrązowe, rozczochrane włosy.
       – Hej! Jestem James Potter – przedstawił się chłopak. Syriusz był pewien, że przez chwilę, pomimo gęstego mroku, zobaczył w oku przybysza zawadiacki błysk.
       – Syriusz Black. Co ty robisz tu o tej godzinie? – spytał podejrzliwie.
       – O to samo mógłbym spytać ciebie.
       – Ale ja byłem pierwszy.
       – Zostawiam pamiątkę po sobie Londynowi przed wyjazdem do Hogwartu. Przecież nie mogą o mnie zapomnieć – powiedział, a Syriusz znów zobaczył ten błysk. Stwierdził, że sam ma podobne spojrzenie, kiedy planuje jakąś drakę. – Teraz twoja kolej.
       – Uciekłem z domu po kłótni z rodzicami. Jutro zamierzam wrócić, bo ktoś musi zabrać moje rzeczy do Hogwartu – zaśmiał się. – A co to za pamiątka?       – Zaraz się przekonasz.
       – Ile masz lat?
       – Jedenaście.
       – Hmmm. – James zmrużył oczy. – Dziwne, powinno już wybuchać...
       – Co wybuchać? – spytał z zaciekawieniem Syriusz.
       – Oh, chodź pokażę ci! Masz miotłę? To świetnie! Lecimy!

                                                      ~~~~~~~~~~~~
        
        Przelatywali nad dachami sklepów na ulicy Pokątnej, aż dotarli na plac przed bankiem Gringotta. A tak właściwie na bagno, bo placu nie było nigdzie widać.                – Kieszonkowe bagno? – spytał Syriusz.
        – A owszem, podoba ci się?
        – Tak! Jak mogłoby mi się nie podobać?!
        James wyprostował się, dumny z pochwały.
        – Ale to nie koniec. Odlećmy trochę, bo zaraz wybuchnie!
        – Co wybuchnie?! – spytał po raz drugi tej nocy Black i odleciał nad kopułę banku.
        – Niespodzianka!
        I w tym momencie z samego środka bagna wystrzeliły fajerwerki. Huk był przeraźliwy, ale widok oszałamiający. Syriusz nigdy nie widział tak niesamowitego pokazu sztucznych ogni. Różnokolorowe, błyszczały się i układały w najdziwniejsze wzory. Raz był to czerwony smok, raz bukiet kwiatów. Chłopak patrzył na to z otwartymi ustami.
        – Chodź, lecimy! One się nie skończą, póki ktoś ich nie wyłączy. A ja nie zamierzam tego robić. Ludzie przez bagno będą mieli poważny problem z dostaniem się pod fajerwerki  Uśmiechnął się zawadiacko. Kiedy sztuczne ognie oświetliły twarz chłopaka, Syriusz mógł się jej lepiej przyjrzeć. Nosił okrągłe okulary. Miał orzechowe, duże oczy, w których Black dostrzegł wesołe iskierki. Dzięki ładnym rysom i szczeremu uśmiechowi wyglądało na to, że mógł wyrosnąć na przystojnego mężczyznę.
        James ruszył, a Syriusz podążył za nim. Lecieli dobre pół godziny miotła przy miotle, kiedy dotarli do domu Pottera.  Wielka posiadłość z białego marmuru, z czarnym dachem robiła ogromne wrażenie. Kiedy dotarli do drzwi, James odezwał się:
        – Zapewne nie chcesz wracać do domu, więc możesz przenocować u mnie. Tylko wcześnie rano będziesz musiał się zmyć po swoje rzeczy. Tak żebyś zdążył. – Uśmiechnął się chłopak. Syriusz bardzo się ucieszył z rozwiązania problemu, nad którym myślał całą drogę do domu Jamesa. – Tylko na miłość boską bądź cicho, bo rodzice nie wiedzą, że mnie nie ma.
        Potter pchnął czarne drzwi ozdobione płaskorzeźbami, a te lekko się otworzyły, cicho skrzypiąc. Weszli do eleganckiego przedpokoju, w którym znajdowały się jedynie biały, puszysty dywan, czarna, drewniana komoda z lustrem i schody. Całą drogę do pokoju Jamesa, znajdującego się na pierwszym piętrze, przeszli na palcach i na szczęście nikt ich nie usłyszał. Rzucili się na łóżko chłopaka i momentalnie usnęli.


~~~~~~~~~~~

        – James Potter!!!!! Wstawaj!!! Co ty sobie wyobrażasz?! Obudź się!!! Jak mogłeś uciec z domu w środku nocy?! Gdzieś ty się podziewał?! Kto to w ogóle jest?! Znasz tego chłopca?!
       Do uszu zaspanego jedenastolatka dochodziły tylko pojedyncze słowa z tej fali pytań, którymi zarzucała go jego mama, Agatha. James... Mogłeś... Nocy... Ty... Jest... Chłopca... Potter przetarł oczy i popatrzył na swoją mamę. Na twarzy kobiety malowała się nieograniczona wściekłość. W orzechowych, dużych oczach tańczyły iskierki złości. Agatha swoje długie, czarne, proste, lśniące włosy z grzywką odgarnęła za odstające uszy, co nic dobrego nie wróżyło. James zauważył kiedyś, że podczas awantur właśnie tak jego mama układa włosy.
        Obok Agathy stał jego ojciec – Tobias. Był dobrze zbudowanym mężczyzną o zmierzwionych, jasnych włosach, spadających mu na błękitne oczy. Teraz z jego przystojnej twarzy dało się wyczytać jedynie spokój i żal, co było jeszcze gorsze dla Jamesa od złości matki. Nie lubił kiedy ojciec smucił się z jego powodu. A teraz na pewno się na nim zawiódł. Jednak Potter był pewien, że dobrze zrobił, wychodząc z domu. Dzięki temu poznał Syriusza, a coś mu podpowiadało, że to będzie jego najlepszy przyjaciel. James rozejrzał się po pokoju. Blacka nie było nigdzie widać.
        – Gdzie jest Syriusz? – zdenerwował się.
        – Spokojnie. Jest na dole w kuchni i je śniadanie. A ty mi wszystko wytłumaczysz.
        No, świetnie. Podkablował na mnie... – pomyślał.
        – Skąd wiecie, że mnie nie było?
        – Obudziliśmy się w środku nocy! Przed nami nic się nie ukryje! Gadaj! Szybko! – warknęła Agatha.
        Tobias położył jej rękę na ramieniu i szepnął:
        – Spokojnie.
        – Jak mam być spokojna, kiedy mój syn znika w środku nocy i leci gdzieś na miotle?! Przecież mogło mu się coś stać!
        – Byłem tylko polatać! Tu, niedaleko! Denerwowałem się przed pójściem do Hogwartu, a wiecie bardzo dobrze, że latanie mnie uspokaja! – wtrącił szybko James. Oczywiście nie powiedział o akcji z bagnem i fajerwerkami, bo jeszcze bardziej by ich zdenerwował.  Po drodze spotkałem Syriusza, który się zgubił. Zabrałem go do nas i uznałem, że rano go odwieziemy. Przepraszam. Nie powinienem tak robić. Ale wiecie jak bardzo chcę się dostać do Gryffindoru. James zrobił smutną minkę i słodkie oczka, które zawsze na mamę działały. Wiedział, że od razu przestanie się na niego gniewać, a zacznie go pocieszać i zapewniać, że wszystko będzie dobrze. Nie pomylił się.
        – Och, James! Jestem pewna, że tam trafisz! Nikt inny bardziej by się nie nadawał do tego domu! – Mocno objęła syna.
        James zadowolony, że znowu mu się upiekło, uśmiechnął się pod nosem. Popatrzył na tatę. Mina od razu mu zrzedła, bo twarz Tobiasa dalej była tak samo poważna. Młody Potter wyczuł, że to nie przez niego tatę rozpiera żal. Westchnął. Pewnie powie mu w odpowiednim czasie.        
        – Chodź na śniadanie! Syriusz już tam na ciebie czeka.
   
~~~~~~~~~~~~~

        Na dole na rodzinę Potterów czekał już Syriusz. Właśnie kończył śniadanie, kiedy weszli do pokoju. Nerwowo odgarnął długie, czarne włosy i posłał Jamesowi pełne niepokoju spojrzenie. Ten tylko odpowiedział figlarnym uśmiechem, co w pełni uspokoiło Blacka. Tak dobrze rozumiał Jamesa, że wydawało mu się, jakby znali się od lat, a nie zaledwie jedną noc.
        – Dobre śniadanie, Syriuszu? – zapytała Agatha z matczynym uśmiechem.
        – Oczywiście, było pyszne, pani Potter.
  Mama Jamesa skrzywiła się i poprawiła chłopaka.

        –  Mów do mnie pani Agatho.
        Cała rodzina usiadła przy stole i zaczęła jeść naleśniki z szynką i serem. Kiedy talerze były już opróżnione, a Potterowie najedzeni, rozpoczęto przygotowania do wyjazdu. Zaczęła się zwykła poranna krzątanina. Co chwilę powietrze rozdzierały krzyki Jamesa „Gdzie są moje ubrania?!" lub „Co zrobiliście z moją walizką?!".
        Po godzinie wszyscy byli gotowi i siedzieli w aucie - niebieskim Rolls-Royce. Ruszyli do domu Blacka, skąd mieli zabrać jego bagaże. Była godzina ósma, kiedy dotarli na Grimmauld Place 12. Syriusz wyszedł z auta i zadzwonił do drzwi kamienicy. Otworzyła mu matka, Walburga, kobieta o cerze bladej jak papier i czarnych lokach. Zmierzyła syna zimnym spojrzeniem i bez słowa wpuściła go do mieszkania. W długim, ciemnym, ozdobionym gobelinami przedpokoju czekały już na niego bagaże.
        – Na peron jadę z kolegą, matko. – Ta tylko skinęła głową i zostawiła młodego Blacka samego.
        Syriusz westchnął. Jakby chciał mieć kochającą rodzinę jak James. A ma matkę, która nie odzywa się do niego słowem, ojca, który nawet nie pożegna się z nim przed dziesięciomiesięcznym rozstaniem i nieznośnego brata, który coraz bardziej upodabnia się do rodziców. Wiele by dał za choć odrobinę miłości. Ale teraz jego życie się zmieni. Jedzie do Hogwartu, nie będzie musiał widywać rodziców przez większość roku, znajdzie przyjaciół, a jednego już nawet znalazł. Kiedy wyjdzie z tego domu, jego dotychczas beznadziejne życie się poprawi. Wziął głęboki oddech i ze szczerym uśmiechem na twarzy, w jednej ręce trzymając kufer przekroczył próg domu, wszystkie nieszczęścia zostawiając za sobą.

                                                 ~~~~~~~~~~~~~~


        Stali z wózkami na kufry na peronie dziewiątym, na dworcu King’s Cross. James zaczerpnął tchu. Właśnie po raz pierwszy miał znaleźć się na peronie dziewięć i trzy czwarte, tym samym rozpoczynając nowy etap swojego życia. Wziął rozbieg i przebiegł przez duży filar. Trochę kręciło mu się w głowie, ale przestało, kiedy z cichym trzaskiem wylądował na magicznym peronie. Rozejrzał się dookoła. Przed nim stał staromodny pociąg parowy Hogwart’s Express. Czerwona lokomotywa, ze złotymi i czarnymi zdobieniami zrobiła wielkie wrażenie na młodym Jamesie. Nagle z filaru wyskoczył Syriusz, a za nim wyszli Agatha i Tobias.        – Woooo! – powiedział Syriusz, gapiąc się na pociąg.
        – Noooo – odpowiedział inteligentnie James.

        – Chodźcie już, chłopcy. Za piętnaście minut odjeżdżacie.
        James i Syriusz weszli do pociągu. Szybko znaleźli jeden wolny przedział i wrzucili tam swoje bagaże. Wrócili się na peron, żeby pożegnać się z rodzicami Pottera.
        – Uważajcie na siebie. – Agatha zmierzwiła włosy chłopcom i objęła obu. James prędko wyswobodził się z objęć mamy, jednak Syriusz został w nich chwilę dłużej. Nigdy nie czuł się tak wyjątkowo. Nie pamiętał, żeby jego rodzice kiedykolwiek go przytulili. Popatrzył z wdzięcznością w oczy Agathy i dostrzegł w nich ciepło.
        – Oj, mamo daj już spokój – powiedział James.
        Młody Potter przytulił się do taty. Popatrzył w jego oczy. Niestety czekało go rozczarowanie, bo twarz mężczyzny nadal była niespokojna.
        – Trzymaj się, synu.  Uśmiechnął się smutno. – Cześć, Syriuszu.
        Chłopcy weszli do pociągu i jeszcze raz pomachali rodzicom. Przeszli na, o dziwo, pusty korytarz.
        Nagle ziemia zatrzęsła, a powietrze zgęstniało. Usłyszeli huk. Nie widzieli nic, bo w korytarz wypełniała czarna mgła. Dopiero kiedy osunęła się na ziemię, zobaczyli około jedenastoletnią dziewczynę z bagażami leżącą na ziemi.
        Właśnie w tym momencie Tobias Potter uśmiechnął się pod nosem.


Prolog

Rozdział został poprawiony :)
Betowała Nique Em.

~~~~~~~~~~~~

Charlotte Blue jechała samochodem do szpitala. Jej błękitne oczy były przekrwione i podkrążone od płaczu. Nieobcięte paznokcie ze zdenerwowania wbijała w udo, ale nie czuła bólu, ponieważ jej myśli były daleko stąd.
Dopiero co dowiedziała się, że jej dziadek, Daniel, trafił na oddział intensywnej terapii. Lekarze mówili, że nadal jest szansa na uratowanie go, ale dziewczyna czuła, że taki stan nie utrzyma się długo. Nie chciała w to wierzyć, chciała myśleć, że jest jeszcze nadzieja, ale uczucie, że to jest już koniec, wcale jej opuszczało.
Daniel był jej bardzo bliski, jego strata byłaby dla niej tragedią. Nie wyobrażała sobie życia bez ciepłej aury, którą wokół siebie roztaczał, bez promiennego uśmiechu, który posyłał wszystkim napotkanym ludziom. Nieobecnym wzrokiem wpatrywała się w zielone góry, których szczyty ginęły w gęstej mgle, w ciemne chmury, prędko przesuwające się po niebie, jakby przed czymś uciekające. Nie odzywała się do rodziców, siedzących na przednich fotelach.
Ich także przepełniały żal i rozpacz. Mama, Eva, córka Daniela, kobieta o przyjaznej urodzie, kasztanowych, kręconych włosach i czekoladowych oczach, tępo wpatrywała się w swoją dłoń i przygryzała wargę tak mocno, że powstała na niej mała ranka. Tata, Jack, musiał być bardziej przytomny, aby nie spowodować wypadku samochodowego. Ale i w jego przypadku widać było oznaki zmęczenia i rozgoryczenia. Oczy miał mniejsze niż normalnie, a jego zazwyczaj idealnie poukładane blond włosy, dzisiaj nieuczesane, opadały na ramiona.
Carla nawet nie zauważyła, kiedy zatrzymali się przed szpitalem, a tata za rękę wyciągnął ją z auta. Nie pamiętała, ile szli plątaniną białych korytarzy, nie potrafiłaby też wrócić tą samą drogą. Jej umysłem zawładnęła tylko jedna myśl ,,Dziadek nie może umrzeć”. Nie wiedziała, kiedy doszli pod salę, w której leżał Daniel, nie zauważyła nawet zapłakanej babci Elizy.
Otrząsnęła się dopiero, kiedy przekroczyła próg drzwi, a jej oczom ukazała się beztroska twarz dziadka. Patrzył na nią z uśmiechem na ustach, czego nie mogła zrozumieć. Może cieszył się, że przyszli go odwiedzić? Może nie chciał spędzać czasu samemu w szpitalu? Ale jak można być szczęśliwym, kiedy się umiera? Przecież on też musi czuć, że już nic mu nie pomoże...
Rozmowa jej rodziców, babci i dziadka docierała do jej umysłu w strzępach. Nie słuchała jej, w głowie miała zamęt spowodowany przeraźliwą rozpaczą i nadzwyczajnym zachowaniem dziadka. Nie mogła się nadziwić wesołym oczom dziadka, które w żadnym stopniu nie przypominały oczu umierających. Z książek wiedziała, że na ogół są spokojne, niekiedy widać w nich zmęczenie czasami ulgę, ale nigdy nie spotkała się z opisem oczu radosnych, przepełnionych energią.
Ktoś szturchnął ją w ramię.
– Dziadek chce z tobą zostać sam na sam. – Do jej umysłu wtargnął otrzeźwiający głos taty.
Charlotte rozejrzała się po pokoju. Mamy i babci już w nim nie było, a tata właśnie wychodził. Kiedy zatrzasnęły się za nim drzwi, swój wzrok ponownie przeniosła się na twarz dziadka.
– Umieram – powiedział z przerażającym spokojem.
Jeszcze przed chwilą udawało się powstrzymać wybuch płaczu, a po jej policzkach ciekły tylko samotne łzy, ale teraz nie potrafiła ich zatrzymać, a pod oczami pojawiły się słone, mokre smugi. Stała przy łóżku z opuszczonymi rękami, a od środka rozpierało ją poczucie bezradności. Bo co mogła zrobić?
– Chodź tutaj, kochanie – poprosił.
Gdy spełniła jego prośbę, z małej szafki wyciągnął czarną książeczkę i wcisnął ją dziewczynie w dłoń.
Blue przetarła oczy i kiedy jej wzrok się wyostrzył, otworzyła ją. Była zapisana ręcznie.
– Dostałem ją od samej Rowling – mówił coraz słabszym głosem. – To nie jest zwykła książka. Ma magiczną moc. Sama się o tym przekonasz. – Umilkł na chwilę. – Do widzenia, Carla.
Twarz Daniela znieruchomiała, a klatka piersiowa przestała się unosić. Charlotte wpatrywała się w ciało dziadka niewierzącym wzrokiem. Jeszcze przez chwilę do jej umysłu nie docierało, że dziadek umarł, nie wierzyła, że już nigdy nie pójdzie z nim na spacer, że nie poczyta z nią książki, że jej nie przytuli, że nie pobawią się razem w chowanego, że nie będą już nigdy razem żartować.
Dopiero kiedy spojrzała w jego puste oczy, w których nie tliły się już charakterystyczne dla niego, wesołe iskierki, uwierzyła, że to jest już koniec.
Ogarnięta rozpaczą z hukiem otworzyła drzwi. Przez łzy zobaczyła przytulonych rodziców i babcię. Popatrzyła na nich smutnym wzrokiem.
– Nie żyje – wyszeptała i prędko odbiegła korytarzem.

~~~~~~~~~~~~

Nie zatrzymywała się, póki nie dotarła do wąskiego, ciemnego korytarza, który wydawał się jej najlepszym miejscem do schowania przed światem. Miała szczęście, bo przez całą drogę nie natknęła się na ani jednego pracownika szpitala. Przykucnęła w kącie, kryjąc się w cieniu i trzęsącymi się dłońmi wyciągnęła książeczkę, którą dał jej dziadek. Otworzyła na pierwszej stronie i przeczytała tytuł: ,,Co działo się wcześniej?”. Zatopiła się w lekturze. Czytała kiedyś serię o Harrym Potterze, więc teraz mogła ze zdumieniem stwierdzić, że to historia jego taty.
Kiedy czytała ostatnie słowa pierwszego rozdziału: ,,Właśnie w tym momencie Tobias Potter uśmiechnął się pod nosem.", pomyślała, że tak bardzo chciałaby stąd zniknąć. Naraz ziemia pod jej stopami się zatrzęsła. Zamknęła oczy, a kiedy ponownie je otworzyła nie siedziała już w szpitalu. Leżała na podłodze pociągu z bagażami obok i listem do Hogwartu na kolanach. Podniosła wzrok i zobaczyła chłopców w jej wieku, obserwujących ją ze zdziwieniem. Zdała sobie sprawę, że to James Potter i Syriusz Black, bohaterowie z  jej książki.

Obserwatorzy

Lydia Land of Grafic